MOJA ZIEMIA OBIECANA (4)

Ktoś zadał mi pytanie, jak znalazłam się w Kamerunie. To długa historia, a może krótka tylko rozciągnięta w czasie. Sama nie umiem odpowiedzieć na nie. Wydaje mi się, a raczej jestem pewna, ze z tym pytaniem trzeba zwrócić się do Pana Boga i można do Niego mieć pretensje, ale w dobrym tego słowa znaczeniu, że wysłuchał dziecięcej modlitwy – (wtedy gdy byłam dzieckiem i z moim Tatą oglądałam film o misjach i pracy sióstr w Mozambiku) i późniejszego uparciucha.

Wszystko chciałam robić i mieć szybko. Toteż przynaglałam Pana Boga często dyskutując z Nim: „Panie Boże, jak mi dałeś powołanie, a zdaje mi się, że tak, to teraz daj mi go szybko zrealizować, chcę jechać szybko na misje”. I tak ja spieszyłam się, a czas płynął powoli. Ja narzucałam się Panu Bogu powtarzając słowa: „o co w modlitwie prosicie, stanie się wam tylko wierzcie, że otrzymacie”. I wierzyłam nawet wtedy, gdy pierwszy kontrakt na pracę misyjną w Kongo w 1984 r. nie doszedł do skutku, a był pewny na 101% I wierzyłam wtedy gdy śp. ksiądz abp Jerzy Ablewicz, chcąc może zrekompensować mój smutek z niedoszłego wyjazdu na misje do Konga, wysłał mnie na studia. I wierzyłam, tam łamiąc sobie język i głowę studiując w Rzymie katechezę misyjną.

Potem myślałam, że „Pan Bóg miał dosyć mojego nudzenia o misjach, gdy umieścił mnie w szpitalu podobną do Chińczyka, żółtą jak cytryna - brakowało mi tylko skośnych oczu. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam mój zawód pielęgniarki z innej strony; tym razem to ja byłam pacjentką i musiałam grzecznie połykać leki. Złościłam się wtedy i tłumaczyłam Panu Bogu, że żółtaczka wcale nie pomaga na misjach, a wręcz przeciwnie. I myślałam, że to już koniec moich marzeń o misjach, ale jakie jest lekarstwo na upartość ?

Zawracałam Panu Bogu głowę, przygotowując i wysyłając paczki wraz z członkami Koła Misyjnego Kleryków w Tarnowie i grupami misyjnymi z parafii. Mówiłam wtedy całkiem poważnie do P. Boga, że paczki może wysyłać każdy, a ja chcę być bliżej tych, co potrzebują pomocy, tam na miejscu, I nawet to Pana Boga nie przekonało, że byłam członkiem Komisji Przygotowawczej II Synodu Plenarnego „Misji i Emigracji”. Żadnych znajomości. I znowu wszystko się pomieszało.

Zamiast do Warszawy na egzamin dla kandydatów do Instytutu Misyjnego Laikatu (zawsze bardzo bałam się wszelkiego rodzaju egzaminów) wylądowałam na lotnisku Orly w Paryżu. Tym razem trzeba zapytać Ks. Rektora PMK w Paryżu St. Jeża jak to się stało, na pewno Ksiądz Rektor był w zmowie z Panem Bogiem. Nie obrażałam się już więcej na Pana Boga, bo i tak mieszał moje plany, ale prosiłam: „pozwól mi wyjechać na misje”. Snułam sobie plany w bezsenne noce w Paryżu, że jak wrócę do Polski, zdobędę się na odwagę i jednak zdam egzamin, może wtedy będę mogła zacząć pracować na misjach. Ale Pan Bóg nie chciał tego, bo przecież wiedział, że egzaminów się boję.

I oto pewnego dnia zadzwonił telefon i nieznany glos oznajmił mi, że jeżeli chcę to mam się zgłosić, że mam być punktualnie, bo Ks. Biskup z Kamerunu szuka pielęgniarki z prawem jazdy. Zupełnie nic z tego nie rozumiałam, bo pielęgniarka z prawem jazdy – nie widziałam jeszcze wtedy punktu wspólnego.

Nie mogłam się doczekać spotkania a po nim drugiego, bo na to trzecie już nie czekałam, serce waliło mi jak młotem z obawy przed moim Zwierzchnikiem. Jak to powiedzieć, że Panu Bogu się już znudziło i chce mieć spokój z moim nudzeniem, więc dał mi bilet na samolot do Kamerunu. I jak to często bywa, że po burzy słońce świeci i w moim przypadku też, przeszła burza z gradowymi chmurami i słońce zaświeciło w moim sercu. I już nie kłóciłam się dłużej z Panem Bogiem tylko z ciekawości pytałam go kto z kim był w zmowie.

Na odpowiedź kazał mi czekać do dnia mojego wyjazdu, a wtedy już było za późno, a telefony były zajęte, by podziękować tym, którzy mieli spółkę z Panem Bogiem w zrealizowaniu mojego powołania, Tarnów i Paryż, droga na której spotkałam Ks. dra Antoniego Kmiecika i Ks. Rektora PMK Stanisława Jeża i Przyjaciół z CAMPEC-u i wielu innych, którzy w zmowie z Panem Bogiem spełnili moje marzenia, a tym samym mogę powiedzieć i powołanie misyjne, nie bacząc na to, że pokrzyżowałam ich plany.

Będąc teraz na mojej Ziemi Obiecanej, dziękuję Panu Bogu za tych wszystkich, którzy okazali mi swoją pomoc w tym, abym nie tylko mogła ją oglądać, ale i pracować na niej. A takich spotkałam wielu.

I teraz czasem rozmawiając z Panem Bogiem, pytam Go niekiedy czy gniewa się na mnie, że tyle kłóciłam się z Nim i tyle kłopotu sprawiałam Jemu i innym. Czy otrzymam odpowiedź ? Może znowu za późno... 

Ziemio – do ciebie tęskniłam od lat mojego dzieciństwa.

Ziemio – odchodziłaś na lata dalekie mojej nauki.

Ziemio – będąca już tak blisko, ale zawiodły kontrakty.

Ziemio – niespodziewanie przygarnęłaś mnie po dniach osamotnienia wśród bliskich.

Ziemio – żywiąca mnie teraz z dala od mojej Ojczyzny.

Ziemio – Obiecana – bądź mi drugą Ojczyzną. 

Ewa Gawin,

Kamerun

Głoście Ewangelię 3-4 (1990), s. 44-47.