MOJA ZIEMIA OBIECANA (3)

Z Zofią jedziemy do apteki, zamówione przed miesiącem leki, czekają na odbiór, Jestem zaskoczona ruchem na ulicy - jak można jeździć w takim chaosie? Po drodze odbieramy listy z Procure dla diecezji Bertoua. Zofia robi zakupy tj. masło i sery – „tu są tańsze” -mówi wkładając je do podręcznej lodówki. Szczelnie okrywa nasze bagaże plandeką, dziwi mnie to, bo samochód nie jest odkryty.

Od księży spirytynów zabieramy zreperowane zapasowe koło i wyruszamy w dalszą drogę. Przed nami 370 km do Bertoua. Początkowe kilometry asfaltowej drogi wiodą przez stolicę Kamerunu Yaoude. Po obydwóch stronach drogi przydrożny bazar, towary poukładane na matach - można tu kupić niemal wszystko, począwszy od bagietek, takich jak w Paryżu - poprzez podstawowe artykuły spożywcze i przemysłowe do lodówek i telewizorów włącznie. Wszystko to przy bardzo ruchliwej ulicy, gdzie tumany unoszącego się rdzawego pyłu opadają na sprzedawców i towary.

Co dobre szybko się kończy, asfaltowa droga również. Wjeżdżamy na drogę - o ile ją tak można nazwać - usianą poprzecznymi rowami i gdzieniegdzie kamieniami. Wąwóz do którego wjeżdżamy, wita nas uschłymi palmami i wysoką trawą. Ziemia w kolorze rdzy. Unoszący się pył, pokrywa resztki przydrożnej zieleni. Mijamy przydrożne wioski. Często oczom naszym ukazują się ogromne, wysokie drzewa, królujące nad palmami i trawą.

Pierwsza przerwa w podróży. Zatrzymujemy się na stacji misyjnej, by zostawić korespondencję i paczki z lekarstwami zabrane ze stolicy. Misję w Abang Mbang, oddaloną o 

245 km pd. stolicy, prowadzą Siostry ze Zgromadzenia Ducha Świętego. Proponują nam chłodny napój, woda z sokiem dobrze nam zrobi na zakurzone gardła.

Ruszamy dalej. Słońce powoli opuszcza zenit. Człowiek czasami przestaje myśleć, ja też. Twardą czekoladę, którą podarowały mi siostry sercanki z Placu Concord, włożyłam do podręcznej torby - zamiast do lodówki - to też zrobiła się płynna. Jedynym wyjściem z sytuacji było zrobienie z niej „farszu” do bagietki, którą kupiłyśmy na kolację. Plamy po „czekoladzie w płynie" zostały nie tylko na rękach.

Droga nie różni się niczym, monotonia rdzawo-zielona. Spoglądając na szybkościomierz, nie wierzę własnym oczom, 80 czasami 90 km/godz to chyba niemożliwe, samochód podskakuje jak na trampolinie, czuję to w kościach podczas jazdy. Pytam Zofii, czy nie za szybko; „może, ale chcę dojechać do drogi prowadzącej do Bertoua przed zapadnięciem zmroku, około 1830 będzie już ciemno". Szum, jaki jest w samochodzie, uniemożliwia nam rozmowę.

W pewnej chwili Zofia przekrzykuje warkot silnika mówiąc „przed nami jest przeszkoda, nie ma objazdu, musiał być wypadek”. Na moje zapytanie skąd to wie, objaśnia; „poukładane liście palm na poboczach drogi, ostrzegają o tym, gdyby były one tylko po jednej stronie, znaczyło by to, „że przeszkoda jest po tej właśnie stronie, a droga jest przejezdna”. Na rezultat znaków nie trzeba było długo czekać...

Za pagórkiem, który Suzuki dzielnie pokonała, naszym oczom ukazał się przerażający widok. To kamion, o długości tiru z przyczepą wywrócony w poprzek wąskiej drogi z potrzaskaną kabiną kierowcy i olbrzymimi balami drzewa, które przygniatają mały samochód niemniej sfatygowany.

Przed nami ustawiona kolejka samochodów Zofia, wychodząc z samochodu, rzekła: „najprawdopodobniej czeka nas tutaj noc”. Podchodzimy do miejsca wypadku, pytamy czy nie potrzebują pomocy. Ranni są już w szpitalu i na pobliskiej misji - wypadek był wczoraj, po zapadnięciu zmroku. Pytamy też o najbliższy objazd - zbyt daleko, może nam zabraknąć benzyny nawet tej z zapasu.

Podchodzi do nas jeden z pracujących tam mężczyzn poczekajcie – mówi, robimy objazd, wasz samochód jest lekki może uda się wam przejechać przez brus! Pościnane i poukładane w niemałym trudzie palmy i inne drzewa pokonujemy łatwo, mimo obawy ugrzęźnięcia - teren jest podmokły - ironia. losu, że też właśnie tutaj musi przepływać rzeka.

Upłynęło niemało czasu, ale jest kolejny postój, tym razem misja polska Atok ok. 200 km od Jaunde. Misję tę prowadzi ks. Jan Rybka, pochodzący z diec. przemyskiej „Macie szczęście przed chwilą przyjechałem z wiosek” - mówi na powitanie. Wchodzimy do małego saloniku, w którym siedzi dwóch mężczyzn z opatrunkami na twarzy i rękach –„To po wczorajszym wypadku - mówi ks. Jan krótko - ich szczęście, że tylko tyle".

Ruszamy dalej, jeszcze 3,5 godz. drogi przed nami - zaczyna się ściemniać. Przez otwarte okna samochodu pył wdziera się do środka /niestety samochód - staruszek bez wentylacji/.

W samochodzie było duszno, okna zamykałyśmy tylko wtedy, gdy mijał nas inny samochód. Ile razy taką gimnastykę wykonywałyśmy trudno policzyć. Inną zabawą było - zabezpieczanie szyby przed rozbiciem. W momencie, gdy jadący z naprzeciwka samochód nas mijał, Zofia układała rękę na przedniej szybie. Widząc moje zdziwienie, wytłumaczyła mi, że jest to dobra ochrona szyby przed rozbiciem: kamyczki odbijały się jak piłeczki pimpongowe.

Podróż stawała się coraz trudniejsza nagrzana ziemia oddychała rozgrzanymi płucami. Teraz gdy już reflektory objęły swoje zadanie, doszły dodatkowe niebezpieczeństwa nocnych podróży.

Ewa Gawin,

Kamerun

Głoście Ewangelię 1-2 (1990), s. 37-40.