MOJA ZIEMIA OBIECANA (2)

MOJA ZIEMIA OBIECANA (2)

 Mieszkańcy mijanych wiosek rozpoczynali swoje wędrówki do przydrożnych małych źródeł w których robili wieczorną toaletę. Często na kilka metrów przed samochodem ukazywała się biała postać, kolejne zaskoczenie, dzieciaki „namydlone” rozrabiały przy wioskowej, wspólnej łaźni.

Silnik zmniejszył obroty, samochód, jadący środkiem drogi, by uniknąć niespodzianek: kilkumetrowych przydrożnych wyrw, posuwa się z szybkością 30-40 km/godz.

Mija dużo czasu, gdy przed nami zaczynają migać nikłe, jasne punkciki. Zbliżamy się do Bertoua. celu naszej podróży. Nagle w samochodzie zupełna cisza, nie słychać uderzeń kamieni o podwozie, ani stukotu. Wjechałyśmy na drogę asfaltową, co za luksus. Jak może zaskoczyć cisza po tylu godzinach jazdy w hałasie.

Zofia pokazuje mi dzielnice miasteczka. Dla mnie jeszcze wszystko ma ten sam kształt, wszystko wydaje się jednakowe w mroku. Po 10 min. jazdy przez miasteczko, samochód zatrzymuje się przed małym, parterowym domkiem w głębi ogrodu.

„Jesteśmy na miejscu - mówi Zofia -tutaj mieszka Ks. Biskup, chodźmy powiedzieć, że przyjechałyśmy, bo czeka na nas”. Nie zdążyłyśmy wyjść z samochodu, gdy Ks. Bp Lambert van Heygen wyszedł nam na spotkanie. Miły, serdeczny uśmiech na twarzy, wydawało mi się, że witam kogoś dobrze mi znanego, a przecież tak krótko widzieliśmy się w Paryżu, rozmawiając o mojej przyszłej pracy w Kamerunie.

Życząc sobie dobrej nocy, kontynuujemy naszą wędrówkę. Dom, w którym mam mieszkać, Zofia pokazuje mi z daleka. Za kilka minut jesteśmy na miejscu.

Mały, oświetlony, parterowy budynek z kwitnącymi gerberami przed wejściem. Na spotkanie wychodzi starsza pani, wita nas serdecznymi uściskami „Buona sera, ben venuta” - mówi po włosku (tak dawno nie słyszałam tego języka) - "Buona sera" - odpowiadam. Moje zdziwienie było zbyt widoczne, więc pytam ją skąd wie, że mówię po włosku. Z uśmiechem odpowiada "muszę wiedzieć kto mnie ma zastąpić". Zapoznałyśmy się szybko, Andreina Pagani, Włoszka pochodząca z Milano, pielęgniarka, w Afryce pracuje 36lat.

Teraz nastąpił rytuał, jaki odbywa się po każdej podróży, po powrocie do domu: wypakowujemy nasze bagaże. Teraz przy świetle widzę jak wszystko jest rdzawe łącznie z nami. Przed wejściem do domu strzepujemy z siebie i bagaży - nie przesadzając - kilogramy pyłu.

Andreina zaprasza nas do domu –„umyjcie się, przed chwilą jeszcze była woda” -mówi. Po doprowadzeniu się do stanu pierwszej czystości, zasiadamy do kolacji -pierwszy posiłek w Afryce. Po skończonej kolacji Zofia z Andreiną pokazują mi dom. "To Twój pokój - mówią otwierając drzwi do małego, przytulnego pokoiku. Meble stanowią: łóżko, biurko, mała nocna szafka z wazonikiem kwiatów – takich, jak w ogródku przed moim domem w Polsce. Jak w całym domu tak i tu cementowa podłoga, okna okratowane, z moskitierą.

Jesteśmy zmęczone, życzymy sobie dobrej nocy. Jest 2330 minął pierwszy dzień w Afryce. Tej nocy nie mogłam zasnąć, moje myśli krążyły gdzieś daleko...

Noc była krótka i gorąca. Obudziły mnie głosy za oknem, to dzieciaki robiły swoją gimnastykę na pobliskim boisku sportowym. 

Pierwszy dzień na nowym miejscu pracy. Pierwszy dzień zaczętej wędrówki – nowy etap, a może tylko przedłużenie tego, co było do tej pory. Dziś odbyłam chrzest bojowy.

Po wspólnym brewiarzu w małej kaplicy, przy katedrze (tu przypomniały mi się czasy studiów w Rzymie, kiedy to codziennie rano odmawialiśmy brewiarz ze studentami, to co nas w tamtych czasach najwięcej łączyło to spotkania w kaplicy na wspólnej modlitwie), spotkałam się po raz pierwszy z pracownikami Misji: siostrami dominikankami, spirytynkami, siostrami ze zgromadzenia Córek Maryi, Braćmi Szkolnymi, Ks. Proboszczem. Po wspólnym powitaniu, wróciłyśmy do domu na szybkie śniadanie, po którym Zofia zabrała mnie do dyspanseru.

Prawdę powiedziawszy, nie byłam przygotowana na taki „skok do wody” bez umiejętności pływania. Pomimo moich różnych wiadomościo misjach, widok ten był jednak dla mnie zaskoczeniem, pomimo wszystko.

Założyłam fartuch pielęgniarski i... poczułam się tak dobrze, jak za dawnych czasów podczas pracy w szpitalu. Teraz uświadomiłam sobie, że przez te miesiące, gdy z dala od chorych i szpitala płynęły dni, brakowało mi czegoś, czego nie umiałam nazwać

-teraz wiem - brakowało mi kontaktu z chorymi, pracy w szpitalu, tamtej atmosfery, Wydaje mi się, że można uwierzyć w tęsknotę za pracą, którą się lubi, która jest powołaniem.

No, ale dosyć wspomnień, wracając do dyspanseru - parterowy budynek nie wiele różniący się od budynków misyjnych, te same kolory - beżowo-brązowe, okna okratowane moskitierami. Duży, z daleka widoczny napis na frontowej ścianie: Centre de Santé de Nkol-Bikon.

W poczekalni dyspanseru oczekują chorzy, jak się później dowiedziałam, przychodzą oni bardzo wcześnie, na kilka godzin przed otwarciem. Trudno określić ich wiek. Dzieci, młodzież, dorośli, starcy.

Pomieszczenia dyspanseru to: poczekalnia, sala przyjęć, gdzie pomocnicy pielęgniarscy mierzą chorym temperaturę, ważą, zbierają wywiad. Gabinet pielęgniarski - w normalnych warunkach powinien być tu lekarz, ale nie można takiego zatrudnić z wielu powodów. Wobec braku lekarza, jest pielęgniarka, która niekiedy spełnia role, lekarza. Sala obserwacyjna, gdzie przebywają ciężko chorzy na obserwacji po podaniu leków, czy też przed pójściem do szpitala. Laboratorium, gdzie wykonuje się podstawowe badania. Podręczna apteka, dwie małe salki opatrunkowe do tzw. opatrunków czystych i brudnych, lub ropnych i nieropnych. Mały salonik ze stołem do wydawania leków. Na pierwszy rzut oka, wyposażenie w sprzęt medyczny raczej wystarczające jak na warunki takiej pracy.

Pierwszy mój kontakt z personelem tutejszego ośrodka. Pracujący tutaj to pomocnicy pielęgniarscy: Julienne, Afido, Rachel, Robert - laborant. Wszyscy oni mieszkają niedaleko ośrodka ze swoimi licznymi rodzinami. Wszyscy mówią biegle kameruńskim francuskim i co tutaj jest bardzo ważne, kilkoma językami plemiennymi.

Dzisiejszy dzień upłynął tak szybko, że nie zorientowałam się kiedy było już po godzinie14-tej. Był to dzień przyglądania się i zapoznawania nie tylko z nieznanymi chorobami, ale również z językiem specyficznym w tej dziedzinie.

Po wyjściu z dyspanseru, odwiedziny u Ks. Biskupa: omówienie spraw związanych z moją pracą, mieszkaniem itp. Moim miejscem pracy miał być dyspanser w Djouth, miejscowości oddalonej od Bertoua, który opuściły siostry francuskie ze Zgromadzenia Ducha Św., ale jak mówi poeta „tu zaszły zmiany w planach mojego widzenia”... tym razem nie mojego widzenia, ale zmiany zaszły. Do Djouth poszedł już ktoś inny, a Ks. Bp zadecydował, że zostanę w Bertoua. „Chcę mieć tutaj kogoś z Polaków” - powiedział. „Nie przyjechałam na misje wybierać warunków pracy czy też mieszkania, będę tam pracować, gdzie będę potrzebna” - brzmiała moja odpowiedź, a moje plany na pracę w Djouth(gdzie pracują Polki) spaliły „na panewce”. Dlatego też najlepiej nie planować, a przyjąć to, co dzień przynosi. Są tutaj dwa stanowiska do objęcia, jakie mi przypadnie? Czas pokaże, tymczasem staż w dyspanserze. 

Ewa Gawin,

Kamerun

Głoście Ewangelię 1-2 (1990), s. 31-36.