MOJA ZIEMIA OBIECANA

Jest 30 I 1990 r., gdy opuszczam Paryż w kroplach deszczu. Lotnisko Orly - sprawdzenie biletu, bagażu, do samolotu wsiadam ostatnia.

Godzina startu już minęła – 20.40 Opóźnienie zwiększa się, pozostał niezidentyfikowany bagaż. Po 35 min poszukiwania, właściciel znalazł się, startujemy. Ostatnie spojrzenie na oświetlony nocą Paryż.

Upłynęło nieco czasu, gdy ukazuje nam się oświetlony Rzym. Lądujemy na międzynarodowym lotnisku w Rzymie, Fiumicino. Wspominam lata spędzone w Rzymie.

Po krótkiej przerwie, ponowny start, tym razem już pod równik. Nasz lot prowadzi do stolicy Kamerunu. W samolocie jest chłodno, kurtka zabrana z Paryża spełnia dobrze swoją funkcję. Projekcja filmu o Kamerunie transmitowana po północy jest niemniej ciekawa, jak muzyka regionalna.

Zaczyna świtać, gdy stewardesy, przebrane w stroje kameruńskie, proszą o zapięcie pasów. Lądujemy w Douala - stolicy przemysłowo - handlowej Kamerunu /nazywanej tak przez Europejczyków/. Powiew ciepłego wiatru wita nas przy wyjściu z samolotu. Jest 22º C.

Przechodzimy do kontroli celnej i kontroli medycznej. Pokazujemy książeczki szczepień,celnicy są bardzo uprzejmi, kontrola celna ogranicza się u mnie do przybicia stempla granicznego, dla Kameruńczyków jest to kontrola bagażu podręcznego. W dużejsali oczekujemy na samolot linii krajowych „Carrefour”, który ma nas zawieść do stolicy Kamerunu - Yaounde. Tutaj podobny problem bagażowy, tym razem jeden za dużo, musi zostać, właściciel najprawdopodobniej pojechał w inną stronę kraju.

W samolocie spotykam lekarza z Hiszpanii, jedzie do pracy w szpitalu, zaangażowany przez organizację „lekarze bez granic”. Małym samolotem za godzinę jesteśmy na miejscu. I tu moje ogromne zdziwienie, czy ten mały plac na którymudało nam się wylądować ma się nazywać lotniskiem ? Widocznie tak.

Po wyjściu z samolotu, oczekiwanie na bagaż, mali chłopcy bardzo uprzejmi chcą pomóc nieść bagaż podręczny, według pouczeń tych, którzy już byli w Afryce uprzejmie dziękuję i czuwam nad nim uważnie. W pewnym momencie podchodzi do mnie szczupła wysoka pani pytając po francusku:czy ty jesteś Ewa ? Tak, odpowiadam; witaj w Kamerunie - pokazuje moje zdjęcie - jestem Zofia, przyjechałam po ciebie. Na bagaże czekamy - około 40 min. Po niemałych kłopotach ogólno - bagażowych, jesteśmy w samochodzie.

Nie będę opisywać, jak wyglądały bagaże. Biedny P. doktor, jego skrzynia nadawała się do reperacji. Moja własna walizka przybrała raczej dziwny, nieokreślony kolor. Samochodem Suzuki koloru – tu mam też trudności z rozpoznaniem – czy ja wiem, popielatego, w chmurze rdzawo-żółtego pyłu, odjeżdżamy z lotniska. Jest 26º C, godz. 900.

Czy ja naprawdę jestem w Kamerunie, mojej ZIEMI OBIECANEJ ??? 

 

Ewa Gawin,

Kamerun

Głoście Ewangelię 1-2 (1990), s. 28-30.