PANI EWA GAWIN PRACUJE W KAMERUNIE JUŻ DWUDZIESTY TRZECI ROK

Pani Ewa Gawin pracuje w Kamerunie już dwudziesty trzeci rok. Obecnie, oprócz wielkiego dzieła budowy szkoły dla dzieci głuchoniemych, podejmuje się świadczenia stałej pomocy, zwłaszcza dzieciom. O tym możemy przeczytać w poniższym liście.

 

Bertoua, 2 kwietnia 2012 r.

Wszystko zaczęło się od poczty e-mail z wiadomością o możliwości operacji dzieci mających problemy z poruszaniem się (tzw. krzywe nóżki).

W jednej chwili zobaczyłam przed sobą tych wszystkich niepełnosprawnych, których od dawna mam w rejestrze i dla których nie miałam najmniejszej nadziei, że kiedyś będą mogli normalnie poruszać się, że chłopcy będą mogli grać w piłkę, a dziewczęta chodzić w normalnych butach. Operacje w szpitalach i klinikach są bardzo drogie, szczególnie operacje kości. Cena wywoławcza 300 000 cfa tj. około 500 €, nie licząc lekarstw, badań i pobytu w szpitalu. Nie wspomnę o cenach w klinikach prywatnych...

E-mail otrzymałam  w dzień rozpoczęcia nowenny do św. Józefa. Nie zastanawiając się długo, poleciłam  projekt operacji św. Józefowi, to on jest opiekunem rodzin.

Czasu było zbyt mało, by się zająć wszystkimi, kartoteka kilkakrotnie została przestudiowana, by wybrać tych, których mogłam skontaktować w najbliższym czasie.

Telefon zjadał kolejną kartę, a końca rejestracji nie było widać. W międzyczasie normalna praca w szkole, kolejne rozmowy z inżynierem w sprawie budowy szkoły dla dzieci głuchoniemych i to co nie mniej ważne – instalacja wody w domu.

Wyjazd zbliżał się dużymi krokami, pierwszy termin, jaki dostaliśmy ze szpitala, to 16 marca. Jeszcze kilka koniecznych kontaktów z rodzicami i oczywiście zamówienie busika. W przeddzień wyjazdu zmiana terminu na 19 marca. Powód bardzo prosty: w poniedziałek w szpitalu jest dużo pacjentów z weekendu i organizowanie pracy na cały tydzień. Telefon rozgrzał się na dobre... zbiorka o godz. 10. O 7 pierwsza, najmłodsza pacjentka z parafii Bouam, w której pracuje ks. Stanisław Stanisławek, już czekała. Merveille (cud), półtoraroczna dziewczynka z mamusią w 8 miesiącu ciąży. Przestraszona, trzymając kawałek suchej bułki, patrzyła przymrużonymi oczkami na to, co się dzieje wokół niej. Powoli przyjeżdżały motorki z kolejnymi pacjentami. Madeleine w wieku 2 lat, zostawiona w słomianej chatce na polu, oparzona w czasie wypalania trawy. Z płonącego domu wyniosła ją babcia, oparzenie trzeciego stopnia, nóżki i rączki niewyobrażalnie powykrzywiane, zrosty, blizny etc. Pierwszą operację miała w wieku 6 lat. Pomógł nam pracujący wtedy w naszej diecezji ks. Eugeniusz Bednarek, wyprawa do kliniki w Yaounde trwała cały dzień, w samochodzie wieźliśmy trójkę dzieci, z mamusiami, całym dobytkiem potrzebnym na przeżycie dwóch miesięcy w szpitalu; garnki, talerze i cały sprzęt kuchenny, nie wspomnę o manioku i jego zapachu.

Powracając do naszej wyprawy; około 10.30 zarejestrowaliśmy ostatniego pacjenta. Na liście zostały 2 puste miejsca. Wykonuję telefon. Rodzice nie mają pieniędzy na transport... Oudi, sześcioletni muzułmanin, obiecuje przyjechać z bratem za 2 dni bezpośrednio do szpitala.

Jadę motorem po busik i zaczyna się nasza wyprawa ze św. Józefem. Jest 19 marca, ks. proboszcz błogosławi nas i zapewnia o modlitwie, nas też o nią prosi. Muzułmanie modlą się do Allaha, inni (a jesteśmy wszystkich wyznań i ... sekt) do naszego Boga. Po oficjalnym przywitaniu wszystkich małych i dużych pacjentów (najmłodsza Merveille a najstarszy Erick 25 lat), przedstawiłam program naszej wycieczki, powiedziałam, że dziś jest święto św. Józefa, kim on był, mówiłam o Świętej Rodzinie i tym, że od tego momentu jesteśmy jedną rodziną, nie ma między nami bogatych ani biednych, że powinniśmy się wszyscy wspierać i dzielić jak w rodzinie.

Na szybie busu przyklejam obrazek Świętej Rodziny i napis HOPITAL BANGWA, takim sposobem ominiemy niekończące się kontrole na naszej trasie. Pierwsze kilometry upływają w cichej i napiętej atmosferze. Wielu z rodziców po raz pierwszy opuszcza swoje domy, dzieci ciekawie oglądają mijane wioski. Pierwszy postój w Doume, zabieramy s. Cecylię ze zgromadzenia sióstr katechetek misjonarek ze swoją pacjentką, pięcioletnią Ange. Na dachu busiku nie brak worków z maniokiem, garnkami, bananami i czego tam jeszcze nie ma...

Czas powoli płynie, rozdaję obiecane ciastka i cukierki, atmosfera coraz bardziej rodzinna i wesoła. Nagle samochód hamuje i ... trzeba zmienić oponę. Pomocnik pana kierowcy robi to bardzo sprawnie i po kilku minutach kontynuujemy naszą podróż. W busiku nie zabrakło zdjęć, piosenek do kolejnego postoju, tym razem w Ajos, na małą przerwę obiadową. Można teraz zaobserwować, co znaczy rodzina afrykańska. Eryk „taksówkarz motoru”, potrącony przez uciekający samochód przed obławą policji, operowany „na szybkiego”, najstarszy z naszej ekipy chorych, zapytał mnie, czemu wszyscy nie jedzą? Odpowiedziałam, że może nie mają pieniędzy. Podpierając się na kuli, poszedł kupić wszystkim po jednym „begnie” (pączek afrykański), mówiąc: „powiedziałaś, że jesteśmy rodziną, a w rodzinie wszyscy się dzielą”. Podróż powoli zaczęła męczyć najmłodszych. Około godz. 17 dotarliśmy do granic stolicy, każdy dostał raz jeszcze obiecanego cukierka i .... utknęliśmy w korku na dobrą godzinę. Na miejscu noclegu czekały na nas świeżo pościelone łóżka i prysznic.... Patrząc na zmęczone, ale roześmiane twarze, kulejących i poruszających się na pośladkach czy kolanach dzieci, trudno było powstrzymać łzy szczęścia i nie dziękować św. Józefowi za nasze szczęśliwie dotarcie do stolicy. Na miejsce noclegu dojechała s. Genevieve z Fondation Lilian. Program na kolejny dzień był prosty. Wyjazd o 5 rano z miejsca noclegu. Po ciepłym prysznicu i modlitwie zasypiamy, nie pamiętając kolejnych minut.

Ciszę nocną przerywa głos budzika: „siostro pobudka”. Składamy nasze bagaże i liczymy czy wszyscy są gotowi do wyjazdu. Dołącza do nas rodzina z Yaoundé z dwuletnią dziewczynką ze skrzyżowanymi nóżkami. Powoli zaczyna się rozjaśniać, a naszego autokaru nie ma. Telefon do siostry Genvieve. Kierowca się spóźnia, tak czekamy 2 godziny. Oprócz mnie wszyscy są zupełnie spokojni, siedzą na kamieniach chodnika, drzemią i niczym się nie przejmują. Około 7.30 zajeżdża autobus, ale nie ten, który miał przyjechać. Pakujemy bagaże, by je przepakować na ten nasz prawdziwy busik, czekający na drugim końcu miasta. Po drodze zabieramy kolejnych pacjentów i ich rodziny z drugiego punktu zbiorki ..... też czekali tylko 3 godziny na nas. Dojeżdżamy do agencji, by zmienić autobus, przepakować bagaże (wszystko pod czujnym okiem kilku rodziców sprawdzających, czy wszystkie bagaże zostały przepakowane) i na dobre już ruszamy w dalszą podróż. Autobus miał być tylko dla nas, ale po drodze coraz częściej kierowca zatrzymuje się, by wziąć nowych pasażerów. Takim prawie żółwim krokiem dojeżdżamy do naszego szpitala, jest już popołudniowa godzina.

Protestancki szpital w Bangoua, położony około 40 km od Baffoussam, powstał w 1931 roku. Ze szpitala wyszło nam na spotkanie kilka osób w białych fartuchach i „dzień dobry” w języku angielskim i francuskim. Małe zdziwienie – „tak dużo”? A nas tylko czterdzieści kilka osób. Powoli zmęczeni pacjenci, ci mali i duzi, wychodzą z autobusu i przy pomocy pielęgniarzy sprawnie są przewożeni na sale szpitalne. Zapisy i pierwsze konsultacje trwają do późnych godzin. Dzień chyli się ku zachodowi i czas na przygotowanie kolacji i mała niespodzianka... nie ma wody. Pan oddziałowy nas przeprasza i zaprasza tym samym do przyniesienia wody z beczek. Jutro woda będzie od 7.30. do 10.30, tak od kilku miesięcy. W tej części kraju w sezonie suszy brakuje wody nawet w studniach głębinowych.

Z s. Cecylią otrzymujemy pokój chorych, ja na łóżku chorego, ona jako opiekun. Możemy się rozpakować i ... poczekać na wodę do jutra.

Pierwszy dzień mija na badaniach, konsultacjach przez chirurgów, reedukacjach tych, którzy nie będą operowani. Nasze nadzieje na operacje oparzonych spełzły na niczym. Operacje plastyczne odbędą się w listopadzie! Trzech pacjentów musi przyjechać tu po raz drugi. To będzie ich ostatnia szansa na to, że po operacjach plastycznych będą mogli chodzić. Atmosfera jest bardzo rodzinna, sympatyczni i bardzo uprzejmi pielęgniarze i lekarze pomagają nam w naszych badaniach.

Kolejny dzień. Dziś pierwsze operacje, wszyscy są bardzo przejęci i pocieszają się nawzajem: „wszystko będzie dobrze”. Po południu z s. Cecylią wyjeżdżamy okazją do Baffoussam zamówić busik na drogę powrotną w piątek. Noc spędzamy u sióstr pallotynek. Rano po Eucharystii wracamy do naszych pacjentów z zapewnieniem, że busik będzie na nas czekał o 5.30 przed szpitalem. W salach i na korytarzach spotykamy naszych pacjentów, już tak zadomowionych, jakby byli tutaj od zawsze, a to dopiero trzeci dzień. „Pooperacyjne” maluchy śpią pod kroplówkami. Wieczorem idziemy do wioski coś zjeść. W przydrożnym barze kupujemy kilka „begnie” i kawałek ryby. Wszystko smaczne i apetyczne..., nie trzeba patrzeć czy jest czysto.

Wracamy do szpitala i czekamy na Modi’ego , który jest w drodze z Bertoua od 5-tej rano, a jest już 19-ta. O godz. 20-tej witamy go ze swoim bratem na dziedzińcu szpitala. Z s. Cecylią odwiedzamy operowanych i przypominamy, że jutro pobudka o 4.45 dla wracających z nami. Noc zbyt krótka, a poranek jeszcze zmieszany z nocą. Tutaj dzień wstaje później niż w Bertoua. Busik przyjechał na wyznaczoną godzinę, pakowanie bagaży. Wszyscy zostający na operacje nas żegnają, życząc szczęśliwej podróży. Mali pacjenci pytają, czemu ich zostawiamy i kiedy po nich przyjadę. Do Yaunde dojeżdżamy bez większych problemów, zmieniamy busik na nasz, do Bertoua. S. Cecylia jedzie z naszymi pacjentami, ja zostaję załatwić kilka spraw związanych z naszą wyprawą i budową szkoły. Kilka telefonów od rodzin z wiadomością o kolejnych przebytych operacjach i tak jest każdego dnia. A teraz zostało przygotowanie kolejnej podroży po operowanych i ... to co najbardziej lubię: rozliczenia i papierowa praca.

Dziś kolejny dzień operacji, telefony od chorych ze szpitala. Wszystko jest dobrze, kolejni pacjenci do środy będą zoperowani. Jest niedziela, odwiedzam rodziny dzieci, wszyscy bardzo przejęci i czekają na powrót swoich pociech. Relacje telefoniczne każdego dnia i ciągle powtarzające się pytanie: kiedy po nich przyjadę. Pocieszam, że może za miesiąc, a w słuchawce krzyk: „tak długo”?

Dziękuję wszystkim tym, dzięki którym mali chłopcy będą mogli normalnie chodzić, grać w piłkę, a dziewczęta ubrać spódnice i dziewczęce buty.

Ewa Gawin - Kamerun

Głoście Ewangelię 3(2012), s. 17-21.