PANI EWA PRACUJE W KAMERUNIE JUŻ OD 1990 ROKU

Pani Ewa pracuje w Kamerunie już od 1990 roku. Ogrom pracy, która już za nią, nie pozwolił jej spocząć z satysfakcją dobrze wykonanego dzieła. Z listu dowiadujemy się o nowej inicjatywie, dla której jesteśmy pełni  podziwu.

Bertoua, 28 kwietnia 2008 r.

 

Moi Drodzy!

W wiosce Borongo leżącej na trasie z Bertoua do Garoua-Boulai, od czasu powstania misji katolickiej, nie ma żadnych struktur sanitarnych. Chorzy muszą się przemieszczać ponad 40 km do najbliższego państwowego ośrodka zdrowia. Do najbliższego szpitala jest około 100 km.

Do tej pory szczepienia i pomoc dorywcza w zakresie zdrowia była prowadzona przez pracowników misyjnego ośrodka zdrowia z Betare-Oya, odległego 40 km. Transport ekipy 1-2 razy w miesiącu poważnie obciążały budżet ośrodka, który i tak boryka sie z niemałymi trudnościami. Wzrost uchodźców z Rep. Środkowoafrykańskiej, Czadu i Konga, którzy na stale osiedlają się w tej okolicy, powoduje rozszerzanie sie różnorodnych chorób. Dzieci i kobiety ciężarne nie miały możliwości szczepień i konsultacji podczas ciąży itp. Ponieważ wioska leży na głównej trasie międzynarodowej „transafrique”, często kolumny samochodów i transporterzy zatrzymują się w wiosce, co jest też przyczyną rozprzestrzeniania się chorób wenerycznych oraz AIDS.

Od kilku miesięcy kilkakrotnie odwiedzali naszego arcybiskupa reprezentanci różnych wyznań, z prośbą o otwarcie misyjnego ośrodka zdrowia. Arcybiskup zaproponował mi zorganizowanie struktur medycznych i dał swoje błogosławieństwo. Niestety samym błogosławieństwem wydawałoby się, że nic sie nie można  zrobić... a jednak. Zwracając się o pomoc do Polski, nie czekałam długo na odpowiedź. I tak, dzięki Waszej pomocy, wykupiliśmy w wiosce 4 budynki (domy z gliny), które posłużyły nam do sali konsultacyjnej, domu dla pielęgniarzy, pomieszczeń na hospitalizację i pobyt dzienny, oraz mały magazyn medyczny.

Ekipę pielęgniarzy (niestety, jeszcze niepełną) zatrudniliśmy na okres próbny i tak, licząc na Bożą Opatrzność, która nas nie opuszcza, zaczęliśmy prace. Dostaliśmy od lekarza powiatowego kilka wiosek do obsługi: szczepienia, leczenie, formacja. Dzięki ks. Stanisławowi Stanisławkowi – proboszczowi, a zarazem misjonarzowi z 30 letnim stażem w Afryce, remontujemy domki, pokrywając je blachą (są jeszcze pod strzechą), robimy ławki, stoły, łóżka. Wykopaliśmy studnie i dół do spalania śmieci. Dużym problemem jest woda pitna, którą, niestety, ks. Stanisław wozi dla nas w kanistrach z Betare – Oya. (36 km).

Część z 3 000 € przeznaczona będzie na naprawę budynków, zakup leków i wózka dla niepełnosprawnego z tej wioski, oraz na pierwsze miesiące pensji pracowników, którzy już „rozwijają skrzydła”, dwojąc się i trojąc, by zdobyć zaufanie i dobrze leczyć.

Część pieniędzy zostanie przeznaczona na pomoc dla uchodźców z Rep. Środkowoafrykańskiej i Czadu, których w tej okolicy jest ponad 2000 i codziennie liczba ich rośnie. Biedni, bez dachu nad głową, pozbawieni wszystkiego, koczują w pobliskich wioskach. Ci, którym udało sie przeprowadzić bydło (większość z nich to pasterze), sprzedając je, mogą zakupić kawałek ziemi i na niej się osiedlić, budując gliniane lub matowe chałupki.

Bardzo dużym problemem są: niedożywienie, anemie i choroby dziecięce w rodzinach uchodźców. Nie mając możliwości na zakup pożywienia, ich posiłki sprowadzają się do jednorazowego posiłku z „buli” mąki maniokowej (mąka z wodą i solą) i liści.

Od kilku miesięcy międzynarodowe organizacje do walki z głodem i pomocy uchodźcom, zwracają się z prośbą do naszych misyjnych ośrodków zdrowia o bezpłatne leczenie i formację w zakresie żywienia. Z pomocą tych organizacji, szczególnie w postaci ofiarowanych leków dla uchodźców, możemy ich leczyć.

Pozostaje jednak kwestia żywienia do czasu pierwszych plonów. W miarę możliwości, organizując różne spotkania i szkolenia, dzięki polskiej zaradności, powoli przebijamy głodowy mur.

Serdecznie dziękuję w imieniu naszych chorych, często tych bez głosu, za pomoc nam okazaną. Naszym trudnym problemem jest coraz bardziej rozprzestrzeniająca się choroba AIDS. Częsty brak testów, odpowiednich leków i możliwości badań specjalistycznych. Szpitale, gdzie można je przeprowadzić, są oddalone o kilkadziesiąt kilometrów.

Dni, kiedy mogę spać spokojnie, gdy zapakowany lekami samochód ks. Stanisława wyrusza do Borongo, są jeszcze rzadkością.

Doświadczenia misyjne są tak różne, ale jedno jest wspaniale, to że się ma na kogo liczyć. Misyjna rodzina sióstr i księży tak wiele nam daje. Ich obecność – nawet ta radiowa – wspólne rozwiązywanie – niekiedy trudnych – sytuacji, wzajemna pomoc, bardzo często pozwala nam zapominać, że jesteśmy daleko od bliskich.

Raz jeszcze dziękuję, a dokładne rozliczenia prześlę po wydaniu ostatniego grosika, a to już niedługo. Pamiętając o wszystkich naszych Dobrych Duszkach, pamiętam o Was przed Panem. I jak On pozwoli, do spotkania na urlopie.

 

Ewa Gawin

Kamerun

Głoście Ewangelię 3(2008), s. 15-17.