OD PONAD 10 LAT PRACUJE W BERTOUA W KAMERUNIE JAKO PIELĘGNIARKA

Pani Ewa Gawin od ponad 10 lat pracuje w Bertoua w Kamerunie jako pielęgniarka. Od kilku lat jest koordynatorką ośrodków zdrowia w diecezji. W niniejszym liście opisuje smutną historię chłopca, który – jak tysiące afrykańskich dzieci – zdany był tylko na siebie.

„Jesteśmy na tyle biedni, by naszą biedą dzielić się z innymi”

Drodzy Czytelnicy!

ertoua, 28 stycznia 2001 r.

Od kilku tygodni niełatwo jest mnie spotkać w miejscu mojej pracy, czyli w biurze. Kilometrów zrobiłam niemało, bo była taka potrzeba. Wszystko zaczęło się od tego, że robiąc rachunek sumienia, powiedziałam sobie, że zawaliłam na całej linii. Trzeba to jakoś naprawić no i wziąć się do roboty, by nie powiedzieć pracy. Od kilku lat leczymy więźniów chorych na gruźlicę i wszystkie inne choroby, które można znaleźć w słowniku medycznym, a które istnieją naprawdę w naszym więzieniu.

            Hassan był dzieckiem niechcianym, znalezionym gdzieś w buszu przez księdza Daniela (spirytyn), z niewiadomym pochodzeniem, bez rodziców, rodziny. Znalazł dom i schronienie w przytułku dla dzieci, który prowadziły siostry w Batouri. Był mały, chudy, brudny jak czarna ziemia, bez zaufania do kogokolwiek. Upłynęło niemało wody w rzece Kadei, by przyzwyczaić Hassana do mydła, wody, jedzenia na talerzu i chodzenia regularnie do szkoły. Hassan ciągle był nieobecny, znikał na kilka godzin, po szkole szedł okrężną drogą do domu. Po pewnym czasie doniesiono siostrom, że jednego z ich wychowanków złapano na kradzieży mięsa z garnka. Innym razem zabrał banany ze straganu. Trzeba było dużo czasu, by stwierdzić, że Hassan kradnie, by mieć zapas jedzenia na „czarną godzinę”. Pomimo tego, że jadł jak wszystkie dzieci 3 razy dziennie, ciągle bał się, że jutro będzie głodował. Takie zachowanie tłumaczyła jego przeszłość. Po kilku kradzieżach Hassan znalazł się na policji, a tam nie oszczędzają bicia, a potem w stanie kompletnego wycieńczenia w więzieniu. Kiedy mnie o tym powiadomiono, zaczęliśmy leczenie i dożywianie na tyle, na ile nas było stać. Hassan odzyskał siły i wszystko było dobrze. W więzieniu mając 13-15 lat (trudno było określić wiek) zaadaptował się dobrze, czekał na swój wyrok.

Po powrocie z ewakuacji Hassan często chorował, zaczął chudnąć, miał trudności z chodzeniem. Nie można było wiele zrobić, od 6 miesięcy czekał na rozprawę, nikt się nie śpieszył. Nowo mianowany dyrektor więzienia podpisał nam pozwolenie na hospitalizację (normalnie więzień bez wyroku nie może opuścić więzienia). W szpitalu odkryli bardzo zawansowaną gruźlicę. Rozpoczęte leczenie nie dało rezultatu, którego spodziewaliśmy się. Hassan był coraz słabszy. Z siostrą Genevieve, koordynatorką opieki społecznej, podjęłyśmy decyzję – wbrew wszystkim – o ewakuowaniu Hassana do innego szpitala. Zaczęła się gonitwa po biurach, nie obeszło się bez spięć z wieloma osobami, nawet na poważnych stanowiskach, jak prokurator Republiki. Po długich zmaganiach w końcu pozwolono mi zawieźć Hassana do Belabo. Umyty, nakarmiony mógł spokojnie spać na czystym łóżku. Trwało to jednak niedługo. Po trzech dniach dostałam wiadomość przez radio, że Hassan zmarł. Drzwi w biurze się nie zamykały. To prokurator, to sędzia, to Pan Bóg wie, jaki przedstawiciel władzy przychodził pytać, czy to prawda. Ci ludzie bali się o swoje stanowiska, bo prawo było po stronie Hassana. W Belabo siostry zawiadomiły żandarmerię, a tam widząc imię muzułmańskie, powiadomiono Immana – szefa muzułmanów w Belabo. Nikt nie pomyślał, aby zajrzeć do teczki z danymi i poinformować, że Hassan był katolikiem: ochrzczonym i zaopatrzonym św. sakramentami. Wspólnota muzułmańska czuła się tak bardzo odpowiedzialna za zorganizowanie pogrzebu, że trudno nawet było interweniować. Ubrali Hassana w stroje wielkiego szefa – o tym nigdy Hassan nawet nie mógł marzyć. Razem z siostrami odprowadzili ciało na cmentarz. Obrzędy muzułmańskie i katolickie nie przeszkadzały sobie, tym bardziej, że zbliżało się Boże Narodzenie i koniec Ramadanu, święta te w tym roku u nas wypadły w tym samym dniu.

Hassan odszedł do Pana. Jego przykład nie jest odosobniony. Więźniowie, często niewinni, czekają na wyrok po kilka miesięcy, co jest przeciw prawu kameruńskiemu, ale kto je respektuje?

Dziś zainaugurowaliśmy „Tydzień otwartych dni w więzieniu”. Uroczystość rozpoczęto uroczystą mszą św. z udziałem przedstawicieli wszystkich religii, przedstawicieli urzędów państwowych. Program jest bardzo obszerny: teatr, skecze, mecze itp. imprezy przygotowane przez więźniów. Trzeba podkreślić, że po raz pierwszy, odkąd istnieje więzienie, jego dyrektor zorganizował taką uroczystość. Mamy przygotować jeden posiłek dla 500 więźniów – powiedzmy, że nie jest to łatwe, ale ufam, że wszystko się uda. Jedna ciekawostka, smutna raczej: więzienie było zbudowane dla 160 więźniów, a teraz jest ich 500. W sypialniach (tzw. lokalach) mieszka 120, 130 więźniów. W pomieszczeniach kobiet jest nieco lepiej. U małolatów (dzieci od 12 do 18 lat) również.

Po święcie zaczynam z s. Sylwaną kurs szycia i haftu. Brak nam nieco materiałów: igieł, materiału, nici, ale... Opatrzność czuwa i „jakoś to będzie”. Dzieciaki będą kontynuować naukę szkolną, a w wolnych chwilach oprócz gier (dostałam warcaby i inne gry od ks. Pabjana) będą uprawiać ogród (10m x 20m, bo nie ma miejsca) w ramach lekcji biologii. Mnie pozostaje ciągła walka z gruźlicą, HIV i innymi małymi i wielkimi chorobami. Ufam, że Pan doda mi sił, by kontynuować i nie zaniedbać tej pracy, do której tu przyjechałam.

Proszę was o modlitwę za nich, pomimo że niektórzy są prawdziwymi bandytami (kilku jest skazanych na śmierć, kobiety również), są godni miłości. Tu widać, jak ogromne jest cierpienie. Oni mnie nauczyli być ubogą, a jednocześnie na tyle bogatą, by się dzielić.

Ewa Gawin - Kamerun

Głoście Ewangelię 2(2001), s. 26-28.