25 LAT W ZIEMI OBIECANEJ

Jako rekordzistka, otwiera długą, bo 35 osobową listę świeckich, których na afrykański ląd posłał biskup tarnowski. Rekordzistka, bo jej serce w Kamerunie 31 stycznia 2015 roku zaczęło bić już 26 rok. To wielka radość, gdy po 25-ciu latach przebywania w „ziemi obiecanej” można zweryfikować miłość do zamieszkujących ją ludzi, których pokochało się wiele wcześniej. Dzisiaj pani Ewa zapewne z dumą patrzy na tę oddaną im miłość, która kiełkowała i rozwijała się dużo wcześniej. Na misje nie wyjeżdża się ot, tak! Nie wystarczy nawet miłość. Potrzeba przygotowania do tej miłości. Dlatego historia tej miłości u pani Ewy zaczyna się już wtedy, gdy z tatą oglądała filmy o pracy sióstr w Mozambiku. Potem całe zaangażowanie oddanej dla misji dziewczyny, które sięga już końca lat siedemdziesiątych, kiedy z klerykami, a potem przy tarnowskiej katedrze organizowała, a potem wysyłała paczki do tarnowskich misjonarzy pracujących już od kilku lat w Ludowej Republice Konga. Były też trudne chwile, bo nie doszły do skutku podpisane kontrakty. Ale potem konkret: dwa lata spędzone w Castel Gandolfo, gdzie z całego świata przybywały kobiety (zwłaszcza w habicie), by studiując Catechesi missionaria przygotować się intelektualnie do zadań, które jeszcze nie określone, ale mocno osadzone na horyzoncie marzeń. A potem jeszcze „przypadkowy” Paryż, gdzie dowiedziała się, że Kamerun czeka, że to ten kraj, a nie Ludowa Republika Konga będzie jej „ziemią obiecaną”.

W swoim pierwszym liście z Kamerunu pisała o dniu przybycia: „Jest 26º C, godz. 9.00. Czy ja naprawdę jestem w Kamerunie, mojej ZIEMI OBIECANEJ ???”  

W Kamerunie, zwłaszcza w diecezji Bartoua, wszyscy ją znają, wszyscy ją kochają, wielu korzysta z niesionej przez nią dobroci. Są też, niestety, tacy, którzy tę dobroć wykorzystują i krzywdzą jej misyjny entuzjazm, zadając rany jej kochającemu sercu. To pani Ewa Gawin, świecka misjonarka diecezji tarnowskiej, choć zwracają się do nie „ma soeur”.

Co może robić osoba świecka w Afryce, zdana na samą siebie, niezależnie od obopólnej więzi, jaka istnieje z rodzimą diecezją? Na to pytanie dzisiaj znajdujemy bardzo łatwą odpowiedź, bo możemy pokazać co zrobiła.

Trzy drogi miłości

 

            Niepełnosprawność dzieci, której wychodzi naprzeciw pani Ewa, to jedna z dróg miłości, po której kroczy, a dzięki niej, po tej drodze kroczą „jej” dzieci. Są dzieci z krzywymi nóżkami czy stopkami po urodzeniu. Są dzieci, które były ukrywane w domach żeby świat ich nie widział i nie oskarżył rodziny o czary, które w mentalności afrykańskiej są przyczyną podobnych nieszczęść. Te dzieci diagnozuje i zawozi na oddziały hirurgii. Na pewno ponad 500 osób przeszło mniej czy bardziej poważne operacje, a pewnie więcej niż trzy razy tyle zostało poddane reedukacji czy różnym badaniom. Takich, którzy otrzymali aparaty ortopedyczne jest około 800 osób, a kilkadziesiąt cieszy się protezami stałymi, czyli nowym życiem z „kończynami dolnymi”. Pani Ewa zajmuje się też zakupem wózków inwalidzkich. W tym przedsięwzięciu jej rodzima diecezja uczestniczy w 90% wydatków. Wśród odbiorców jej dobroci są też więźniowie  i coraz częściej uchodźcy.

            Druga droga, na której nie wyczerpuje się miłość pani Ewy, to posługa więźniom w ogromnym więzieniu w Bertoua, w którym przebywa około 700 osób. „Więźniów odwiedzać” – to znany nam i chyba rzadko praktykowany przez nas dobry uczynek wobec innych ludzi. Pani Ewa więźniów nie odwiedza, ona im po prostu posługuje. Jak bowiem inaczej nazwać troskę o życie i przeżycie więźnia przez zakup leków, żywności czy innych koniecznych produktów. Warto też wspomnieć o jej trosce duchowej o więźniów, którzy są chrześcijanami. Pozyskując środki ze swojej rodzimej diecezji wyremontowała więzienną kaplicę, łatając pokaźną dziurę w dachu, przemalowała ściany i wymieniła dach, by mogli spokojnie się modlić. Dzięki ofiarom z Dzieła Ad Gentes przy Komisji Episkopatu Polski wyremontowała dwa pomieszczenia, w których będą mogli spać chorzy więźniowie na czystej podłodze. Swoim więźniom starają się pomagać wyznawcy innych religii jak: muzułmanie, protestanci,  czy przedstawiciele innych Kościołów i sekt. Pani Ewa pomaga wszystkim.

Szczególnie w ostatnich latach pani Ewa jest znana ze swego serca, które daje dzieciom głuchoniemym. Te dotknięte kalectwem słuchu i mowy dzieci pochodzą z całego Kamerunu, przybywają nawet z odległości 400 kilometrów. Są wyznawcami różnych religii, pochodzą z różnych plemion, a te przybywające z daleka umieszczane są w tzw. internacie rodzinnym czyli w rodzinach, które już mają swoje dzieci i przyjmują za opłatą również te ze szkoły. Diecezja tarnowska finansuje pobyt owych dzieci w takich domach.

Szkoła zaczęła swoje istnienie w 2006 roku mieszcząc się w skromnych pomieszczeniach. Odwiedzając tę szkołę mogłem zobaczyć te schludne, ale kiepskie warunki pracy. Najbliższa o tej specjalności szkoła jest w Yaounde oddalonym od Bertoua 350 km. W 75% szkołę tę finansuje diecezja tarnowska z funduszu swego diecezjalnego dzieła, ale włączają się również w tę pomoc pojedyncze osoby. Chcąc wybudować dzieciom nową, z prawdziwego zdarzenia szkołę, pani Ewa zwróciła się do kolędników diecezji tarnowskiej o jej sfinansowanie. W latach 2011-2013 powstały trzy duże projekty, które opiewają na sumę 1 milion 97 tys. zł. Kolejny projekt przewiduje wydatki na sumę 55140 euro.

Oprócz pomocy dzieciom głuchoniemym podaje pomocną dłoń w ogóle dzieciom szkolnym, by miały za co kupić podstawowe przybory szkolne i by nie chodziły głodne do szkoły. Kilka lat temu przeprowadziła wielkie przedsięwzięcie, którym ciągle się zajmuje, pozyskania dla dzieci ich aktów urodzenia, bez których w miarę normalna przyszłość dziecka w wielu dziedzinach życia, zwłaszcza edukacyjnej i zdrowotnej, jest niemożliwa.

„Ziemia obiecana” jako cel osiągniętej przez p. Ewę miłości wcale nie jest mlekiem i miodem płynąca. Tamtą, kameruńską ziemią płynie to, co ona swym sercem przetwarza na mleko i miód. Płynie czas, którego ona nie liczy, a on swym nurtem zabiera ze sobą wszystko, co stanowi życie pani Ewy. On niesie radość, spełnienie i świadomość nieużytecznego sługi. Ale jeśli niesie wszystko, to pamiętajmy, że łzy też. Ale to są łzy „ziemi obiecanej”.

 

Ks. Krzysztof Czermak

Misje Dzisiaj (2015)3, str. II-III.