MISJONARZE TARNOWSCY W KOŚCIELE W BOLIWII

Do Boliwii, w dniu 13 grudnia 2015 roku, przybyłem „zza miedzy”, bo z Peru. Tu w Pariacoto miałem szczęście wziąć udział w beatyfikacji męczenników, towarzysząc z ks. Czesławem Hausem biskupowi tarnowskiemu Andrzejowi. Później jednak sam kontynuowałem podróż, docierając w niedzielne południe na boliwijską ziemię.

Praca i posługa duszpasterska tarnowskich księży w Boliwii związana jest z czterema jednostkami administracyjnymi Kościoła, z których tylko jedna jest diecezją. To Oruro. Większość spośród dziesięciu księży tarnowskich, których życie i praca ewangelizacyjna związane są z ziemią boliwijską, pracowała w prałaturze Aiquile. Z nią też związane są początki tarnowskiej obecności w Kościele boliwijskim. Do niego „sprowadził” nas biskup Aiquile Adalberto Rosat, który już  roku 1987 odwiedził arcybiskupa Jerzego Ablewicza, prosząc o pomoc personalną. Drugi raz, nie bez zasługi sióstr służebniczek dębickich, zwrócił się on we wrześniu 1991 roku listem do biskupa Józefa Życińskiego, który po niespełna dwóch latach mógł zrealizować swą obietnicę.

Obecność tarnowskich księży w Boliwii nie jest i nie była nigdy tak liczna jak w sąsiednim Peru. Również długość ich posługi bardzo różni się od tej, którą tarnowscy fideidoniści podejmują w innych krajach. Na wspomnianych dziesięciu księży tarnowskich, tylko jeden (do tej pory, bo za kilka miesięcy będzie ich trzech) spędził w  Boliwii więcej niż dziesięć lat. Jest nim ks. Antoni Kądziołka, który opuścił boliwijską ziemię po prawie 15 latach. Cała dziesiątka jednak jest dobrze wspominana, a aktualnie pracująca trójka jest bardzo doceniana przez miejscowych biskupów i ludzi świeckich, do których zostali posłani.

Do Boliwii jednak już od dawna biskupi tarnowscy posyłają swych księży. Pierwsza dwójka wyjechała w lipcu 1993 roku. Byli to księża: Stanisław Jeż i Wiesław Biernat. Wylecieli z Rzymu na początku lipca 1993 r. wraz ze swoim przyszłym biskupem Adalberto.

W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że diecezja tarnowska w jakiś sposób zaznaczyła swoją obecność w tym kraju dużo wcześniej. To zaś dzięki ojcom redemptorystom, którzy do pracy w boliwijskim Kościele dotarli już w lutym 1979 roku. W pierwszej trójce znalazł się o. Stanisław Odroniec z Sechnej. Podobnie siostry służebniczki dębickie, zaczynając swą posługę na tamtej ziemi w marcu 1982 roku, w pięcioosobowym składzie miały dwie „córki” Kościoła tarnowskiego: s. Petronelę Hołysz z Zaborowia i s. Benedyktę Lachowicz z Tuchowa. By się nieco pocieszyć, dodam, że kiedy przebywałem w Boliwii w grudniu 2015 r. na 7 redemptorystów tam obecnie pracujących, aż 6 jest synami diecezji tarnowskiej, a na 10 służebniczek dębickich aż 9 to córki tejże diecezji. Nie wymieniam już przedstawicieli innych zgromadzeń, bo przecież i w ich szeregach możemy odnaleźć „tarnowiaków”. 

La Paz

Na najwyżej położonym międzynarodowym lotnisku świata El Alto (4070 m n.p.m.) czekał na mnie ks. Paweł Żurowski, pracujący w Boliwii już ponad dziewięć lat. Mimo że w Limie wyjeżdżałem na lotnisko o godz. 3 nad ranem, to nie miałem prawa być tak zmęczony jak ks. Paweł, który zresztą nie dawał w tej materii po sobie znać. A przecież nosił on w swoim nie filigranowym ciele wyjątkowe zmęczenie ostatnich dziesięciu dni. Miał za sobą prawie 7,5 tysięcy kilometrów, w tym 6400 przemierzone na motorze. Wraz ze swoim kolegą proboszczem ks. Kazimierzem Stempniowskim (i jeszcze ks. Tomaszem Denickim pochodzącym z diecezji siedleckiej) wsiedli na swoją hondę i suzuki i dotarli do Chimbote w Peru, by wziąć udział w beatyfikacji swego rodaka o. Zbigniewa Strzałkowskiego. W tym samym dniu rozpoczęli już podróż powrotną. Całość wyprawy zajęła im dziesięć dni. Otóż po takiej podróży ks. Paweł spędził jedną noc w domu, łącząc ten czas z wypraniem ubrań, a potem wsiadł do volkswagena i „podjechał” na wspomniane lotnisko El Alto, pokonując odległość ponad 1000 kilometrów, czyli przebywając w drodze 2 dni (potrzebował na to 18 godzin). Stąd właśnie bierze się przyczyna wyjątkowego zmęczenia, z którym niezwykły kierowca wspaniale sobie radził, posiłkując się naturalnymi darami, którymi Stwórca obdarzył boliwijską ziemię choćby w postaci liści coca.

W La Paz przyjęli nas gościnnie franciszkanie. Przełożonym jest Polak o. Kacper Nowakowski, dla którego ta placówka podczas swojego długiego stażu misjonarskiego w Boliwii nie jest pierwszą. W miejscu zatrzymania było co podziwiać. Okazały, niestety opustoszały klasztor, a przy nim bazylika św. Franciszka wybudowana w stylu kolonialnym, świadek baroku, której początki sięgają połowy XVI wieku.

Mój pobyt poza rodzinną diecezją nie pozbawił mnie możliwości uczestniczenia w otwarciu Roku Miłosierdzia. Co więcej, pomnożył tę możliwość, bo mogłem to otwarcie przeżywać również w Peru w diecezji Huancayo w dniu 8 grudnia, reprezentując na nim nieobecnego z powodu dolegliwości „wysokościowych” biskupa Andrzeja. W La Paz pod przewodnictwem miejscowego arcybiskupa przeszliśmy procesyjnie z kościoła pw. św. Dominika do katedry, gdzie z udziałem innych czterech biskupów i ponad pięćdziesięciu kapłanów miała miejsce uroczysta Eucharystia.

Stosunkowo niedaleka odległość, jaka istnieje między La Paz a jeziorem Titicaca, zachęciła nas, by zobaczyć z bliska ten niezwykły akwen. Położony na wysokości ponad 3800 m n.p.m., głęboki do 280 m, robi wrażenie już z okien samolotu. Sprawiał wtedy wrażenie niekończącego się morza. Sam nie wiedziałem, że jego długość wynosi około 200 km. Ale przede wszystkim nie samo jezioro było celem naszej półdniowej wyprawy. Pojechaliśmy, przeprawiając się przez jezioro, do miejscowości Copacabana, która słynie z kościoła z niewielką drewniana figurą Matki Boskiej Opiekunki Jeziora. Figura ta, której wykonanie przypisuje się potomkowi Inki, jest obecna w tamtejszym kościele od XVI w. W prezbiterium umieszczona jest przodem do wiernych, ale w czasie wolnym od liturgii zwraca się ją w kierunku jeziora, by Matka Boska opiekowała się nim, a zwłaszcza ludźmi na nim przebywającymi. W podziemiach kościoła akcent polski. Wśród galerii obrazów i figur maryjnych nie zabrakło cudownego obrazu Matki Bożej z Jasnej Góry.

Misjonarz „de la última hora”

Tak określa siebie ks. Józef Zyzak – misjonarz ostatniej godziny. Określenie w jakiś sposób oddające prawdę o jego osobie. Bo wybrać się na misje jako siedemdziesięcioletni emeryt, to po ludzku sądząc nie tylko „późno”, ale i niebezpiecznie. Okazuje się jednak, że tego nie możemy za bardzo po ludzku oceniać. Ta „ostatnia godzina” trwa już pięć lat, a ks. Józef , który zaczął już siedemdziesiąty siódmy rok życia, wcale nie myśli o powrocie.

Historia jego powołania misyjnego jest krótka, ale za nią kryje się długi czas zainteresowania się życiem i działalnością misjonarzy. I dodajmy jeszcze – wspieraniem ich działalności. Wyjechał do Boliwii we wrześniu 2009 r., zaraz po przejściu na emeryturę. W Wesołej wchodzącej w skład parafii Nowa Jastrząbka wybudował kościół, a z chrześcijańskiej „sympatii” dla Matki Bożej znanej i czczonej na całym świecie w obrazie z meksykańskiego sanktuarium w Guadalupe, wstawił tam właśnie Jej obraz.  Dwa tygodnie po poświęceniu kościoła, w Jastrząbce ks. Józefa już nie spotkał. Wyjechał do Boliwii, by – jak mówi – trochę się jej przypatrzeć. Miał wrócić, ale ludzie go prosili, żeby został – więc został. „Jaki problem? Jestem emerytem, więc rządzę swoim czasem”. Pracy na tamtym kontynencie nie braknie dla nikogo. Księży jak na lekarstwo. To go zapewne determinowało do oddania siebie tamtejszemu Kościołowi. Na początku zatrzymał się w wikariacie apostolskim Reyes i tam przebywał do kwietnia 2010 r. Potem powrócił do rodzimej diecezji na kilka miesięcy, ale Boliwia nie dawała mu spokoju. Od września do grudnia  2010 r. „zahaczył się” w Cochabamba. Potem do marca 2011 r. przebywał znowu w wikariacie apostolskim w Reyes, gdzie do marca 2011 r. był nawet proboszczem w Tumupassa. Dopiero wtedy osiadł bardziej na stałe, bo do dzisiejszego dnia pracuje w Oruro.

Oruro jest dużym, mało pociągającym architektonicznie i nisko zabudowanym miastem, zamieszkałym przez około 300 tys. mieszkańców. Położone jest na równinie, choć na wysokości 3700 m n.p.m, a w swych szczytowych punktach sięga do 3850 m. Z wzgórza św. Barbary całe miasto widać doskonale. Na tym szczycie, kilka lat temu, radni miejscy postanowili umieścić rzeźbę figury Matki Bożej zwaną La Virgen del Socavón.  Potężny monument, który mieści w sobie 1500 ton materiału. Jest to najwyższa rzeźba w całej Ameryce Południowej i chyba na świecie (prawie 45,5 m), a więc o kilka metrów wyższa od sławnej Cristo del Corcovado z Rio de Janeiro (38 m), Cristo de la Concordia w Cochabamba (lekko ponad 40 m) czy od Chrystusa Króla Wszechświata w Świebodzinie (36 m). Twarz Matki Bożej jest bardzo subtelna i to było dla nas pocieszeniem, bo hulający wtedy i nie tylko wtedy wiatr, utrudnia doznania estetyczne w miejscu, gdzie prawie wiecznie jest wietrznie. Drogę do figury wskazała nam i z nami pojechała siostra Joanna Lendzion, dominikanka, o której jeszcze będzie okazja wspomnieć.

Oruro przeżywało swą świetność na początku drugiej połowy XX wieku, gdy złoża cyny zapewniały ludziom pracę w kopalniach. Dzisiaj miasto znane jest przez karnawał, najsłynniejszy po brazylijskim. Do miasta przybywa wtedy kilkadziesiąt tysięcy samych grajków i tancerzy.

W diecezji Oruro biskupem jest Polak, werbista – bp Krzysztof Białasik. Cierpi na brak księży. W całej diecezji jest ich niespełna 40, w tym niemal połowa to misjonarze z zewnątrz, a wśród nich 4 Polaków. Myślę, że chętnie przyjąłby dar kapłańskiej posługi kogoś z diecezji tarnowskiej. Ma dobre doświadczenie w tej materii w osobie ks. Józefa Zyzaka.

A co może robić dobrego dla miejscowego Kościoła ks. Józef – emeryt z Polski? Może i robi dużo. Pracy mu nie brakuje. Niedzielę ma wypełnioną po brzegi. Dojeżdża do pięciu kaplic, w tym jednej w miejskim szpitalu. W sierpniu 2015 r. został proboszczem w parafii pw. Chrystusa Króla na obrzeżach Oruro. Tu już można było zauważyć ślady jego działalności. Kościół otrzymał w stanie surowym. Widać jednak, że wieża rośnie. Zakrystia już prawie wyposażona i ma wygląd przyjazny ze względu na posadzkę. To wszystko dzięki przedsiębiorczości emeryta-misjonarza.

Ks. Józef od 2013 roku jest wikariuszem biskupim ds. osób konsekrowanych. Jest więc również kapelanem sióstr i to wielu zgromadzeń. Każdego dnia celebruje w innej wspólnocie. W tym służy mu samochód, w którego zakupie diecezja tarnowska ma swój główny udział. Mieszka w skromnym, malutkim mieszkaniu na piętrze przy parafii pw. św. Józefa Robotnika i tu podjął nas dobrą kawą. W każdy piątek celebruje w kościele pw. Bożego Miłosierdzia, przy którym mieszkają i angażują się duszpastersko siostry dominikanki z Polski. Jest ich obecnie trzy i stanowią trzecią część sióstr z Polski w tej diecezji: s. Katarzyna Kamińska, s. Klara Kłodawska i wspomniana już wyżej s. Joanna, która jest przełożoną domu. Siostry angażują się w duszpasterstwo. Podczas mojego u nich pobytu przygotowywały kościół do otwarcia Roku Miłosierdzia w obecności biskupa Krzysztofa. S. Joanna pracuje w diecezjalnej księgarni, ale nie tylko. Prowadzi grupy apostolskie wśród dorosłych. Zatroszczyła się też o miejscowe dzieci poprzez środki finansowe, o które zwróciła się do tarnowskich kolędników misyjnych, dzięki czemu 40 dzieci może otrzymywać posiłek, przybywając na odpowiednią formację, również katechezę, w ich świetlicy. Ta troska apostolska s. Joanny o dzieci nie dziwi. Była przecież przez długie lata sekretarzem krajowym Papieskiego Dzieła Misyjnego w Dzieci w Polsce. S. Katarzyna prowadzi dom dziennego pobytu dla dzieci biednych i z wielodzietnych rodzin, a s. Klara jest katechetką, ale formuje też ministrantów i prowadzi Centrum Pastoralne dla dzieci i w tym Centrum jest wykonawczynią wspomnianego wyżej projektu.

Kolejną dziedziną duszpasterstwa, którą zajmuje się ks. Józef, jest diecezjalne radio, którego jest wicedyrektorem. Działalność radia o zasięgu 120 km to głównie retransmisje radia istniejącego i działającego w USA dla ludności latynoamerykańskiej. To stacja telewizyjna EWTN (Eternal Word Television Network) stworzona przez siostrę Angelikę Pizzo, która obecnie dociera do 264 mln domów w 144 krajach. Na to radio jego wicedyrektor przeznaczył już około 80 tys. USD. Na tym jednak finansowa pomoc ks. Józefa się nie wyczerpuje. Podarował on również Kościołowi boliwijskiemu osiem tabernakulów, z których jedno służy w kaplicy u podnóża wspomnianej figury Matki Bożej La Virgen del Socavón. Podobnie przekazał też kilka kielichów, a ornatów przywiózł i wysłał na boliwijską ziemię około 60.

Myślę, że nie jest czymś łatwym decyzja o realizacji swego kapłaństwa na emeryturze w taki sposób, jaki wybrał za łaską Bożą ks. Józef. W wieku siedemdziesięciu lat uczyć się nowego języka, przebywać tak wysoko, gdzie serce młodego człowieka odmawia posłuszeństwa – to wymaga odwagi. Nie od rzeczy będzie tu wspomnieć, że tarnowscy księża w Peru też mieszkają i pracują wysoko. Sześciu z nich w chwili obecnej swoją codzienność przeżywa na wysokości od 3200 do 3650 m n.p.m. Ks. Józef mieszka jeszcze wyżej. Jego codzienne życie upływa na wysokości 3700 m. Tego możemy mu wszyscy zazdrościć.

Jest więc czym zachwycić się, patrząc na osobę i skromność ks. Józefa. Podobny przykład dało nam już kilku nieżyjących kapłanów emerytów, którzy swą emeryturę z wielkim entuzjazmem spędzali owocnie na Ukrainie czy Białorusi. Chwała im za to. Musimy jednak przyznać, że ks. Józef jest „wyżej postawiony”. Wyżej, bo dalej. Wyżej, bo w trudniejszych warunkach. Wyżej, bo z większą dozą ryzyka. Nie wiem, czy jego świadectwo pociągnie innych, aby mogli się poszczycić tytułem „misjonarza ostatniej godziny”. Jak to wynika z przykładu dostarczanego nam przez ks. Józefa, emerytalne godziny przedłużają się w długie lata kapłańskiej posługi tym, do których nikt nie trafi. Te „godziny” mogą być przeżywane daleko poza Kościołem rodzinnej diecezji, ale przede wszystkim mogą się zamienić na pomnożone szczęście, wynikające z oddania się tym, którzy ciągle czekają na Ewangelię, a księdza nie mają na wyciągnięcie ręki.

Boliwijski Watykan

Drugim miejscem, gdzie zatrzymaliśmy się nieco dłużej była Cochabamba. To ponadmilionowe miasto w środkowej Boliwii, położone już niżej, bo na wysokości 2600 m n.p.m. W żargonie kościelnym zyskało nazwę „boliwijskiego Watykanu” ze względu na wielość zgromadzeń zakonnych męskich i żeńskich, które na terenie miasta się zainstalowały.

Miejscem naszego zatrzymania był dom sióstr służebniczek dębickich położony niedaleko figury Cristo de la Concordia. Byliśmy bardzo gościnnie przyjęci przez przełożoną regionalną sióstr pracujących w Boliwii i Peru – s. Beyzymę Jodłowską, jak też inne Polki i Boliwijki tworzące korpus tego zgromadzenia w dwóch domach: wyżej wymienionym i w drugim położonym na obrzeżach Cochabamby w dzielnicy Tiquipaya. Tu siostry prowadzą dom rekolekcyjny i formacyjny. Tu bardzo serdecznie podjęły mnie siostry Hanna Ragan i Erazma Młyniec.

Z dużym zainteresowaniem oglądnąłem będący już na ukończeniu budynek przedszkola, który siostry służebniczki wzniosły między innymi z ofiar kolędników misyjnych opiewających na sumę ponad 361 tys. zł, co stanowi równowartość ok. 105 tys. USD. Siostry, które przybyły do Cochabamby w 1985 roku, wciąż powiększają – choć może obecnie nieco mniej – swoje szeregi. Z Polski jest ich tylko 10, a profesek pochodzenia boliwijskiego już 25. Nic dziwnego, że chcą pracować w swoim charyzmacie wskazanym przez założyciela, zajmując się dziećmi i prowadząc ochronkę-przedszkole. Dzieci, rozpoczynając naukę w szkole, mają duże braki edukacyjne, są niedożywione i bez opieki medycznej. Powstanie ochronki dla ok. 70 dzieci pozwoli objąć wszechstronną opieką i edukacją najmłodszych. Zgromadzenie prowadzi też ośrodek zdrowia oraz szkołę im. bł. Edmunda, do której uczęszcza 3000 uczniów w systemie trzyzmianowym. Wielu nie wie, że od przedszkola aż po klasę maturalną można w Cochabambie wykształcić się u sióstr służebniczek dębickich.

Drugim zgromadzeniem o polskiej proweniencji, które otworzyło przede mną gościnne progi, były siostry Sługi Jezusa, którym przewodzi s. Elżbieta Mikler pochodząca z naszej diecezji z parafii Grobla. Również s. Elżbieta realizuje projekt wspierany przez kolędników misyjnych, dotyczący zakupu leków i narzędzi medycznych, gdyż siostry otworzyły w Guabirá przychodnię dla najbiedniejszych, szczególnie dla dzieci, by można było skorzystać z porady lekarza za minimalną opłatą. Można też w niej skorzystać z pomocy pielęgniarki oraz zakupić potrzebne i konieczne leki.

Z krótką wizytą zatrzymaliśmy się też u Córek Bożej Miłości pod samą Cochabambą. Miło mi było, że moją twarz po 16 latach rozpoznała s. Mariola.

Z ojców redemptorystów, których w Boliwii jest już z Polski tylko siedmiu (w tym aż sześciu z diecezji tarnowskiej!), choć było więcej niż dwa razy tyle, poznałem dwóch: o. Józefa Smyksy i o. Tadeusza Gieńca. O. Józef, który do Boliwii przybył w 1990 r., od 2012 r. przewodniczy Fakultetowi Teologicznemu im. św. Pawła przy Uniwersytecie Katolickim w Cochabambie, a wykładowcą tam jest od 2000 r. O. Tadeusz, pochodzący z naszego Mystkowa, objął niedawno nowe probostwo w Santa Cruz. Jest bardzo chwalony jako misjonarz prowadzący rekolekcje w parafiach, a Boliwia jest dla niego ziemią, na której głosi Ewangelię od prawie 30 lat (od 1987 r.).

Pozostawione ślady

Przemieszczając się do Santa Cruz zaglądnęliśmy na chwilę do Bulo Bulo, parafii w prałaturze Aiquile. Przyjął nas ks. proboszcz Michał z diecezji siedleckiej oraz p. Małgorzata Siwiec jako misjonarka świecka z diecezji opolskiej. Jej koleżanka (Katarzyna z diecezji siedleckiej) była akurat na urlopie. W parafialnej księdze chrztów widnieje imię i nazwisko ks. Stanisława Jeża jako szafarza. Do tej parafii kiedyś z Mancocapac i Chimoré dojeżdżał on z posługą duszpasterską. Po krótkim przygotowaniu po przybyciu do Boliwii, od września 1993 r. do października 1996 r., ks. Stanisław pracował w parafii katedralnej. Od stycznia 1997 r. do kwietnia 1999 r. posługiwał właśnie w Chimoré w parafii pw. św. Andrzeja. Tu postawił plebanię, a potem wraz z kościołem ją ogrodził.  W Mariposas postawił kościół w stanie surowym. W Mancocapac odnowił kościół, mieszkanie i obejście kościelne.

W Chimoré przez niedługi czas jego współpracownikami byli: ponad rok ks. Andrzej Mitera i trzy miesiące ks. Grzegorz Łukasik. Niesprzyjające okoliczności duszpasterskie sprawiły, że całą trójką opuścili Boliwię w kwietniu 1999 r. Ks. Andrzej podjął pracę w Ekwadorze, a ks. Grzegorz w Peru.

W samym Aiquile, jak też na terenie prałatury w Omereque pracował ks. Leszek Pach (I 2003-IX 2008). W parafii pw. Matki Bożej Różańcowej w Omereque miał 27 wiosek do obsługi (ok. 5 tys. ludzi), w tym 11 wiosek miało swoje kaplice, choć nie dysponujące sprzętem liturgicznym. Na jej terenie nie było ani jednej drogi asfaltowej. Do większości wiosek w porze suchej dojeżdżał wyschniętymi korytami rzek. Nieraz było to jedyne połączenie. Najdalej położona wioska znajdowała się w odległości ok. 70 km od centrum, gdzie mieszkał. Teren, po którym się poruszał, był bardzo zróżnicowany wysokościowo: od 400 do 2700 m n.p.m.   Do niektórych wiosek trzeba było iść na nogach. W roku 2005 ks. Leszek zrealizował projekt oparty o fundusz kolędników misyjnych. Podczas wakacji, w internacie znajdującym się na terenie parafii, zorganizował pomoc duchową i materialną dla będących w najtrudniejszej sytuacji ok. 200 dzieci.

W samym Aiquile (I 2001-XII 2002) ks. Leszek zaczynał swoją pracę w Boliwii. Z tym miastem natomiast związał całą swoją obecność wśród boliwijskich katolików i nie tylko – ks. Antoni Kądziołka. W Aiquile mieszkało wtedy ok.12 tys. mieszkańców. W maju 1998 roku miasteczko przeżyło trzęsienie ziemi. Została całkowicie zniszczona katedra. Do parafii przynależało 93 wioski. Łącznie na jej terenie żyło przeszło 28 tys. ludzi. Ks. Antoni obsługiwał wioski rozsiane po górach. Do niektórych wiosek były jedynie ścieżki. W okresie deszczowym nie można było dojść ani dojechać z powodu braku dróg. Do wielu trzeba było iść pieszo, albo jechać na koniu wiele godzin.

Ks. Antoni ma na swym koncie również dokonania materialne. Wybudował Centrum Duszpasterskie i Centrum Nauczania Uniwersytetu Katolickiego, gdzie można było studiować zaocznie w ramach  Uniwersytetu Katolickiego im. św. Pawła w Cochabambie. Prowadził rekonstrukcje, rozbudowy kościołów, kaplic i innych obiektów. Wyremontował np. kaplice w San Pedro i w Cercado, a w Mesarancho przebudował plebanię. Przede wszystkim wiele czasu poświęcał dzieciom, młodzieży i dorosłym w przygotowaniu do sakramentów. Formował też nauczycieli religii i katechistów.

Osobliwy przystanek w Santa Cruz

Do San Ramón, które jest miejscem pobytu i pracy naszych księży: Kazimierza Stempniowskiego i Pawła Żurowskiego, droga wiodła przez Santa Cruz. To potężna aglomeracja licząca prawie dwa miliony mieszkańców. Dla katolików brakuje księży. Miałem okazję przemierzać z arcybiskupem tego miasta, Włochem Sergio Alfredo Gualberti, odcinek Santa Cruz – Madryt. Potwierdził to, co zwykł był powtarzać biskup pomocniczy, franciszkanin, Polak – Stanisław Dowlasiewicz, że w tej chwili w tym mieście można by utworzyć 50 nowych parafii, ale nie tworzy się ich z powodu braku duchowieństwa.

Przybywając do Santa Cruz zostawiliśmy za sobą La Paz dobre 1300 km, ale też zeszliśmy z poziomu 4000 na 320 m. Noc spędziliśmy u ojców franciszkanów, z których wywodzi się biskup naszych księży Pawła i Kazimierza – Antoni Reimann. Tutaj też zastała mnie radosna wieść, że nowym biskupem pomocniczym diecezji tarnowskiej został były misjonarz w Ekwadorze – ks. Leszek Leszkiewicz. Zapamiętam to do końca życia. W noc poprzedzającą nominację śniło mi się to, co zostało ogłoszone w tarnowskim seminarium w dniu 19 grudnia. By z radością nabrać przekonania, że to rzeczywistość, poprosiłem ks. Pawła Żurowskiego, by to zweryfikował w internecie. A Paweł, nic nie mówiąc zaczął dotykać odpowiednie miejsca w swojej komórce, a potem, w dalszym ciągu nic nie mówiąc, podszedł do mnie i pokazał, co ogłaszają strony www diecezji tarnowskiej. Dodam tylko, że idąc poprzedniego wieczoru spać, pomyślałem z dziwną determinacją, że to wszystko będzie tak, jak się ostatecznie wydarzyło.

Santa Cruz to po hiszpańsku Święty Krzyż. A ja myślę sobie, że ten właśnie znak, staje się szczególnie świętym i ma ciężar szczególnego krzyża dla biskupa Leszka od dnia 6 lutego 2016 r.

Cel podróży osiągnięty

By dotrzeć z La Paz do celu naszej podróży, potrzebowaliśmy prawie tydzień czasu. Do celu dotarliśmy w sobotnie wczesne popołudnie na obiad. Tu czekał nas ks. Kazimierz Stempniowski – proboszcz miejsca od lutego 2012 r.

Końcowe dni Adwentu i Boże Narodzenie przeżyłem więc w San Ramón, gdzie panuje klimat tropikalny. Uff, jak gorąco. W wigilię Bożego Narodzenia temperatura dochodziła do 30 oC. Do stołu zasiadło nas sześcioro Polaków. Oprócz nas był jeszcze proboszcz z La Asunta, ks. Artur Chwaszcza, pochodzący z diecezji gliwickiej oraz przygotowujące potrawy dzielne wolontariuszki czy misjonarki świeckie p. Joanna Śliwińska z Concepción (pracuje na biskupstwie) i p. Agnieszka Matyka z San Julian. Pierwsza reprezentuje diecezję sosnowiecką, a druga siedlecką. Przyznam przy okazji, że byłem zaskoczony tak dużą liczbą świeckich Polek posługujących w boliwijskim Kościele. W tamtym rejonie jest ich sześć i wnoszą w życie tamtejszych wspólnot dużo dobra.

Parafia naszych misjonarzy leży w tzw. selwie, na terenie wikariatu apostolskiego Ñuflo de Chávez, gdzie trzecim z kolei biskupem od 2001 roku jest Antoni Reimann OFM, przybyły do Boliwii jako misjonarz w 1983 r. To właśnie on sprowadził misjonarzy tarnowskich do Kościoła, w którym jest pasterzem.

Proboszczem w San Ramón od lutego 2012 r. jest ks. Kazimierz Stempniowski. Do Boliwii przybył pod koniec listopada 2006 r. Od stycznia 2007 r. przez rok był tu już wikariuszem. Potem pracował w parafii pw. Wniebowzięcia NMP w La Asunta, do czasu objęcia obecnego probostwa.

Wikariuszem w San Ramón od lutego 2015 r. jest ks. Paweł Żurowski. Przybył do Boliwii razem z ks. Kazimierzem. Oprócz czasu zapoznawania się z wikariatem przez pierwsze dwa miesiące, niemal cały jego pobyt w Boliwii do 2015 r. związany był z sąsiednią, dość duża parafią w San Julian. Jedynie w okresie od lutego do września 2008 r., był na zastępstwie w parafii pw. św. Pawła w Guarayos. Tak więc czy to jako wikariusz (I 2007-I 2009), czy to jako proboszcz (II 2009-II 2015) duszpasterzował właśnie w tej parafii. To trudna wspólnota, której zagrażają sekty. Mają one podłoże protestanckie. Ich obecność nie dziwi, skoro w całym kraju zarejestrowanych jest 340 Kościołów wyznania protestanckiego. Sekt na terenie parafii jest ok. 40. Wokół samego kościoła jest ich około 10. Wychodząc z posesji kościelnej, „nadziałem” się oczyma na jedną z nich: Iglesia Asemblea de Dios Boliviana – Zgromadzenie Kościoła Boga w Boliwii. Nazwy sekt są często niesłychane, a nawet zabawne: Betlejem, Chrystus odpowiedzią, Chrystus przychodzi, Siódmy dzień. Choć parafia liczy około 15 tys. katolików (na 25 tys. mieszkańców), to uczęszczających do kościoła jest ok. 1500 osób, a więc 10%. Tamtejsi Boliwijczycy chrzczą jednak chętnie swoje dzieci (około 300 chrztów rocznie), posyłają do I Komunii św. (około 100 rocznie). To wymaga ewangelizatorów, którymi są świeccy katechiści. Do chrztu przygotowuje więc 15, a do bierzmowania 10 takich osób. W duszpasterstwie uczestniczą też siostry zakonne, które przybyły w duchu misyjnej gorliwości z Korei Południowej.  Oczywiście, jak w każdej parafii, są dojazdy. Do trzech kaplic w terenie ks. Paweł mógł docierać m.in. dzięki samochodowi zakupionemu przez diecezję tarnowską. Nasz misjonarz dokończył budowę dwóch z tych kaplic, a na miejscu budowę efektownego, dużego i dobrze służącego salonu parafialnego.

Parafię w San Ramón zamieszkuje około 8 tys. mieszkańców. Do obsługi duszpasterskiej są też okoliczne wioski z kaplicami, których jest dziewięć. Do najdalszej jest ponad 40 kilometrów. Na miejscu w San Ramón są katechiści, którzy przygotowują do I Komunii św. (15) i bierzmowania (10). Gorzej jest ze znalezieniem takich ludzi w terenie czy też w poszczególnych dzielnicach miasta, by byli liderami tych dzielnic.

Przebywając ponad tydzień w tej wspólnocie, mogłem przypatrzyć się jej codziennemu życiu, a nawet odświętnemu i to akurat również w same święta Bożego Narodzenia. Nasi księża mają niełatwe zadanie. Rzuciła mi się w oczy niska frekwencja na mszy św. o godz. 9.00 w IV Niedzielę Adwentu. Zadając więc pytanie o przyczynę, otrzymałem odpowiedź, że „wczoraj była jakaś fiesta czy kogoś urodziny”. Ale przy okazji dowiedziałem się, że gdy leje, też nie przyjdą. Na owej mszy św. dwóch małych chłopców otrzymało chrzest. Obaj z niesakramentalnych związków. Na pasterce (o godz. 22.00) też tłumów nie było. Porównywalna ilościowo grupa bawiła się na rynku. Obowiązek świętowania Navidad (Boże Narodzenie) przecież istnieje. Również w sam dzień Bożego Narodzenia, o godz. 9.00, było mało wiernych. Może ze 120 osób. Na moje pytanie, dlaczego w tak wielkie Święta Narodzenia Syna Bożego przyszło tak mało ludzi, otrzymałem odpowiedź, że „po nocy odpoczywali i przyjdą wieczorem”. Wieczorem ks. Paweł, zaczynając Eucharystię, miał przed sobą … cztery osoby. Na szczęście w trakcie doszło około 10 razy więcej. Na tej porannej mszy, podobnie jak w minioną niedzielę, były chrzty. Z sześciorga dzieci ochrzczonych żadne nie miało rodziców, którzy byliby w sakramentalnym związku. Podczas mszy byłem fotografem, więc mogłem więcej wniknąć w sposób jej przeżywania przez ludzi. Nie chcę tego oceniać, ale spodziewałem się czegoś innego, choć bardzo dobrze wiedziałem, że nie jestem w Polsce.

Nasi misjonarze robią co mogą. Kilka miesięcy wcześniej zorganizowali misje ludowe, do poprowadzenia których poprosili rodzimych redemptorystów. Ojcowie jakby nie mieszkali na plebanii. Ciągle byli w drodze, ciągle wśród ludzi, ciągle z nimi i dla nich. Nie wytłumaczalne jest to przeżywanie Bożego Narodzenia przez tamtejszych katolików!

Ponieważ na miejscu przeżyłem kilka ostatnich dni Adwentu, mogłem uczestniczyć w pewnej inicjatywie duszpasterskiej, która przybyła do Boliwii (choć pewnie nie wszędzie) z Meksyku. Znana jest również w Hondurasie, Saladorze, Kostaryce, Panamie i Gwatemali. Chodzi o tzw. posadas. Posada to po hiszpańsku gospoda czy karczma. Zwyczaj jest realizowany jako nowenna przed Bożym Narodzeniem. Nawiązuje do drogi, którą musieli przemierzyć Maryja i Józef, szukając miejsca dla narodzenia Zbawiciela świata. Zbiera się więc kilkanaście a nawet do 30 osób w domu konkretnej rodziny. Nazajutrz pójdą dalej, to spotkanie odbędzie się w innym miejscu i tak przez dziewięć dni. Ciągle więc „szukają”, jak najlepiej przygotować się na przyjście Jezusa. To wszystko odbywa się wieczorem, na zewnątrz – z uwagi na upały. W jednym takim zgromadzeniu uczestniczy ksiądz, siostra lub kleryk. Prowadząc całe spotkanie, nadaje mu charakter katechezy, która jest komentarzem do urywku Ewangelii, oraz charakter modlitewny. W San Ramón jest sześć takich dzielnic, gdzie odbywają się posadas. Tyle jest bowiem osób, które potrafią je przeprowadzić z pewnym zamysłem duszpasterskim: dwóch księży, siostry i kleryk na stażu. Tak więc w trakcie nowenny „dotkniętych” nią jest 54 miejsca – a więc domy, czy rodziny. Myślę, że jest to wielka szansa dla duszpasterstwa. Nasi księża doceniają ten zwyczaj i jako ową szansę go postrzegają. Robią co mogą.

Przejawem uduchowiania parafii jest planowana na Wielki Post 2016 roku peregrynacja obrazu Pan Jezusa Miłosiernego. Warto zaznaczyć, że ks. Kazimierz  w jednej z wiosek na terenie swej dawnej parafii La Asunta w Litoral, zastając tylko dach (od tego się zaczyna budowę w tamtym rejonie), wybudował kaplicę, która jako jedyna w całym wikariacie nosi wezwanie Bożego Miłosierdzia. Tych budów ma on na swym koncie więcej. Dzięki niemu wierni mogą modlić się w kaplicy w San Lorenzo, dokończył też budowę w El Carmen.

Parafia to nie tylko centrum

Dojazdy, czy mówiąc precyzyjnie kaplice dojazdowe, to swoistego rodzaju wyzwanie dla misjonarzy, również dla księży Kazimierza i Pawła. W nich przecież bywa się dużo rzadziej niż w kościele parafialnym. A przecież na miejscu musi „iść” katecheza, by przygotowywać do sakramentów. Kto to ma robić, zwłaszcza jeśli w wiosce nie ma odpowiednich ludzi, których można by przygotować i im takie zadanie powierzyć? Dobrze jeśli są woluntariusze świeccy. San Ramón cieszy się obecnością takiej osoby, którą jest p. Agata Kamińska pochodząca z diecezji bielsko-żywieckiej. Na miejscu pracuje w Centrum Pastoralnym z dziećmi, a do wiosek udaje się z katechezą. Ale jeśli takich ludzi nie ma? W niedzielę, pod nieobecność misjonarza, wierni winni się gromadzić na słuchaniu słowa Bożego i modlitwie. Kogo wtedy postawić na czele wspólnoty modlącej się? Jak w ogóle zmotywować wiernych, by przyszli?

Bliskość świąt Bożego Narodzenia stwarza taką motywację. Jest w zwyczaju, że księża przybywają z prezentami dla dzieci i nie tylko. Sam widziałem jak dzieciom, ale też dorosłym, świeciły się oczy, gdy otrzymywali miśki, autka i różne plastikowe zabawki. Wizyty z ks. Pawłem przed świętami w okolicznych wioskach, np. w oddalonej 25 km od San Ramón w Cachuela España czy w Santa Rosa de la Mina, wzbudziły we mnie przekonanie, że ci najmłodsi chrześcijanie, ale też ich rodzice i dziadkowie, potrzebują częstszego kontaktu z księdzem, z wiedzą religijną i formacją chrześcijańską w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu. Ale jak im to zapewnić, bez względu na to, czy tego oczekują? Odpowiedź na to pytanie stanowi część balastu misjonarskiego krzyża.

Nie zapomnę też wizyty w wioskach dojazdowych w sam dzień Bożego Narodzenia. Dojazd, to już chyba oczywiste, samochodem zakupionym przez diecezję tarnowską. Z ks. Kazimierzem odwiedziliśmy cztery wioski: San Pedro, Mercedes, San Juan de la Bella i El Big. W każdej była celebrowana Eucharystia. W trzech z tych miejsc nie uświadczył żadnego mężczyzny. Ich „stan zdrowia” nie pozwalał na przybycie, by wraz ze swymi żonami, dziećmi, ziomkami celebrować narodzenie Boga wcielonego. Tam po prostu jest „obowiązek picia”, bo bez tego nie ma fiesty czyli świętowania. W San Juan celebrowałem w sali szkolnej. Przyznam, że miałem opory, by zacząć Eucharystię i mówić kazanie. Zanosiło się bowiem na to, że będą tylko małe dzieci, które wiedziały, że z okazji Bożego Narodzenia coś dostaną od misjonarza. Na moje szczęście doszło potem kilka dorosłych kobiet. Gdybym uległ oporom, mogło się wydarzyć, że pierwszy raz w życiu w Boże Narodzenie nie celebrowałbym we wspólnocie i dla wspólnoty mszy św. Mógłbym nie zdążyć na 19.30 na Eucharystię wieczorną w San Ramón, zwłaszcza, że w drodze powrotnej od samochodu marki toyota odpadło nam koło… Zresztą, gdyby nie Opatrzność, moglibyśmy z ks. Kazimierzem już nigdy na nic nie zdążyć.

To też praca Kościoła

W San Ramón parafia prowadzi szpital. To prawda, że nie jest to szpital, jaki nosimy w naszej wyobraźni, ale czyni na miejscu wiele dobra. Jest tylko 16 łóżek. Kościół go wybudował i jest to jedyna jednostka opieki zdrowotnej w całej gminie, która preferuje pomoc ludziom biednym. Dyrektorką jest siostra zakonna.

Parafia też cieszy się obecnością sióstr zakonnych z dwóch zgromadzeń: Obreras de la Cruz i Misioneras de Jesús Eterno Sacerdote. Jedna wspólnota, która składa się z Hiszpanek i Boliwijek, angażuje swe siły w wymiarze charytatywnym przez prowadzenie wspomnianego szpitala, odwiedzanie chorych, ale też w edukacji (jedna z sióstr jest dyrektorką szkoły średniej z internatem), również tej religijnej poprzez katechezę. Drugie zgromadzenie reprezentują same Boliwijki i angażują się we wspomnianym Centrum Pastoralnym. Centrum to od dawna potrzebowało wymiany dachu. Z pomocą i tutaj pospieszyli kolędnicy misyjni. Siostry prowadzą również przedszkole, jak dotychczas jedyne w San Ramón.

           Rzecz godna uwagi

Wikariat powstał w 1951 roku z wikariatu-matki o nazwie Chiquitos i podzielony jest na trzy regiony: Chiquitos – zamieszkiwane przez Indian o tej samej nazwie, wśród których od 300 lat była głoszona Ewangelia przez jezuitów, Guarayos – zamieszkiwane przez Indian o tej samej nazwie, wśród których od 200 lat była głoszona Ewangelia przez franciszkanów oraz Tierras Bajas, gdzie proces ewangelizacji ma miejsce od 50 lat. Najbardziej interesujące jest dla nas Chiquitos i ze względu na to, że na tym terenie leży San Ramón, i ze względów historycznych, bo w latach 1691 – 1767 jezuici prowadzili słynne redukcje. W Argentynie i w Paragwaju było ich kilkadziesiąt. Na terenie części Chiquitos, należącej do wspomnianego wikariatu, znajdują się dwie takie redukcje: w Concepción (stolica diecezji) i San Xavier. Pozostałych osiem znajduje się poza wikariatem. Były to wioski, w których zakonnicy doskonale organizowali życie religijno-społeczne dla około dwóch tysięcy osób, które przychodziły do redukcji, by stać się jej mieszkańcami. W takiej wiosce był zawsze kościół, szkoła, dom dla zakonników oraz kompleks domów mieszkalnych otaczających rynek, na którego środku umieszczany był krzyż. Miniaturkę repliki krzyża z San Xavier biskup Antoni przekazał przeze mnie biskupowi tarnowskiemu Andrzejowi oraz Domowi Formacji Misyjnej w Czchowie. Architektura świątyni w redukcji była dopracowana, wykonana w stylu barokowym mestizo, drzewo było złocone, w oczy rzucały się piękne kolumny. W 1991 roku UNESCO, ze względu na poziom artystyczny, ogłosiło te dzieła jezuickie jako partrimonium kulturalne ludzkości.

Biskup wikariatu apostolskiego Ñuflo de Chávez rezyduje w Conceptión w zabudowaniach dawnej redukcji, która niedawno (grudzień 2009) świętowała z ówczesnym biskupem tarnowskim Wiktorem 300-lecie swego istnienia. Biskup Wiktor odwiedził wtedy trzech naszych księży: Pawła Żurowskiego, Kazimierza Stempniowskiego i Mariusza Barwacza oraz spotkał się z ks. Antonim Kądziołką (była to druga podróż bpa Wiktora do Boliwii – podczas pierwszej w grudniu 2004 roku odwiedził ks. Antoniego Kądziołkę i ks. Leszka Pacha). Pierwszym biskupem tarnowskim, który w lutym 1996 roku odwiedził w Boliwii posłanych przez siebie pierwszych dwóch tarnowskich księży był bp Józef Życiński.

Do pracy pastoralnej bp Antoni Reimann ma do dyspozycji tylko 20 księży, którzy obsługują 17 parafii. Wśród księży jest tylko sześciu Boliwijczyków, ale też trzech Koreańczyków (w całej Boliwii dziewięciu), pochodzących z tej samej archidiecezji Daegu, co ich dwóch współbraci pracujących z naszymi misjonarzami w Republice Środkowoafrykańskiej archidiecezji Bangui. Niebywały zbieg okoliczności. Pracują jednak jeszcze w Kazachstanie i w Chinach wśród Koreańczyków. Z rozmowy z ks. Estebanem Choi dowiedziałem się, że Daegu ma procentowo więcej misjonarzy niż diecezja tarnowska. Nie licząc już tych, którzy ewangelizują w Europie: w Hiszpanii i we Francji.

Prezbiterium Ñuflo de Chávez tworzy aż dziesięciu Polaków, w tym czterech fideidonistów. Do niedawna było ich pięciu. W grudniu 2012 roku wikariat opuścił ks. Mariusz Barwacz i podjąć pracę w Hiszpanii. Przybył do Boliwii razem z naszymi księżmi Kazimierzem i Pawłem. Przez ponad rok pracował jako wikariusz w Conceptión, później przez dwa lata w parafii pw. św. Antoniego de Lomerio, kolejne dwa lata jako wikariusz w Breci w parafii pw. św. Marcina de Porres i ostatni rok w La Asunta, gdzie zastąpił ks. Kazimierza. Szczególnie parafia św. Marcina zwraca na siebie uwagę. Składa się bowiem z prawie 100 małych wiosek oddalonych od siebie po ok. 5 km, rozrzuconych na powierzchni 2000 km2. Wioski te powstały w wyniku wykarczowania dżungli ponad 30 lat temu. W jednej takiej aglomeracji mieszkało zasadniczo 40 rodzin, a każda rodzina otrzymała po 50 ha ziemi do wykarczowania i do uprawy. Pod opieką ks. Mariusza znajdowało się 40 wiosek, zamieszkałych przez  ok. 8 tys. ludzi, z których tylko połowa była katolikami. W tych 40 wioskach były tylko dwa kościoły.

Historia przybycia trzech wspomnianych misjonarzy w listopadzie 2006 roku do wikariatu apostolskiego Ñuflo de Chávez sięga grudnia 2004 roku. Do obecności naszych księży w tym Kościele lokalnym przyczyniła się wizyta biskupa tarnowskiego Wiktora, który wtedy odwiedzał wspomnianych wyżej księży Antoniego i Leszka pracujących w prałaturze Aiquile. Dowiedziawszy się o tym, bp Antoni spotkał się z bp. Wiktorem w Cochabamba i prosił o przysłanie księży do swojego wikariatu. Kiedy w lutym 2005 roku nasi trzej księża zgłosili swoją dyspozycyjność wyjazdu do Ameryki Południowej, nie potwierdziły się ich wyrażone oczekiwania, że krajem ich pracy będzie Ekwador czy Peru. Biskup Wiktor zakomunikował im, że pojadą do Boliwii, gdzie biskupem jest polski franciszkanin.

Podczas odwiedzin naszych księży nie zauważyłem, że żałują przybycia do Boliwii. Do Ekwadoru i Peru ich myśli nie biegną. Tu, na boliwijskiej ziemi, dają z siebie wszystko, nie oszczędzają się. Dostrzegłem też, że ludzie ich potrzebują i są bardzo zadowoleni z ich pracy. Podobnie siostry zakonne. Biskup Antoni na nich liczy i ufa im. Liczy zresztą nie tylko na nich, ale na następnych, o których się zwrócił przeze mnie do biskupa Andrzeja. Myślę, że przez prośbę o nowych misjonarzy powiedział dużo o tych, którzy współpracują z nim od prawie dziesięciu lat.

A nowych misjonarzy potrzeba. Moja wizyta na boliwijskiej ziemi miała miejsce pół roku po odwiedzinach tego kraju przez papieża Franciszka. Mam nadzieję, że po niej zostało wśród Boliwijczyków dużo więcej niż plac w Santa Cruz z okazałą szopką i bilbordy pokazujące Franciszka z Evo Moralesem, na których prezydent wciąż zbija swój kapitał polityczny. Papież zostawił w Boliwii gesty i słowa, które inspirują tamtejszy Kościół do pochylenia się nad biednymi i potrzebującymi. A biedy i potrzeb wszelkiego rodzaju jest tam wiele. Do tego nieodzowni są misjonarze.

Ks. Krzysztof Czermak

Głoście Ewangelię (2016)2, 5-19.