ŻYCIE WYRAŹNIE DLA DRUGICH

          Wyjechać na tzw. misje, to nie tylko –  jak to często mówimy – zostawić wszystko, ale dawać to, co mamy w nas najlepszego. O pani Ewie Gawin już nieraz mieliśmy okazję coś przeczytać w naszym czy innych periodykach, również uczynić lekturą jej listy.

            Gdy przybyła do Kamerunu pod koniec stycznia 1990 roku zapewne sama nie wiedziała na czym będą polegać jej „ręce pełne roboty”. Jest pielęgniarką i dlatego w sektorze zdrowia zaczęła pracę na kameruńskiej ziemi. Przez kilkanaście lat związana była z pracą w przychodniach zdrowia, a zwłaszcza z koordynacją tej pracy, wyruszając również do wiosek, by szczepić dzieci i leczyć młodych i dorosłych Kameruńczyków.

            Często kaznodzieje nawołując swoich słuchaczy do naśladowania Jezusa, odnoszą się do Jego proegzystencji czyli „byciu dla”. Kazań na ten temat pani Ewa nie musi wysłuchiwać. Jej życie jest wyraźnie dla drugich. To jej zapewne daje dużo sensu i siły w tym życiu. Przypominają się tutaj słowa hasła II Kongresu Misyjnego Dzieci w Kościele tarnowskim, zaproponowane prze śp. siostrę Kingę Kozdrój – długoletnią animatorkę misyjną wśród dzieci: „Życia nie zmarnuję, gdy dzieciom świata miłość podaruję”. Tym właśnie żyje pani Ewa. Ostatnie lata jej posługi dedykowane są przede wszystkim dzieciom, choć nie tylko.

            Kim więc są ci „drudzy”, dla których poświęca swoje życie? Sam odwiedzając ją dwa lata temu w jej Bertoua, dostrzegłem przede wszystkim trzy dziedziny jej misyjnego oddania. Najpierw słowo o dorosłych. To przede wszystkim więźniowie. Odwiedza ich tam, gdzie zostali odcięci od świata. Trudno to nazwać więzieniem, bo od razu kojarzy nam się z polską instytucją tego typu, gdzie więzień ma swoje łóżko, w miarę schludną celę, dostęp do toalety, do posiłku, nie mówiąc już o telewizorze. Miejsce, gdzie ona jest pocieszycielem, pielęgniarką i pośredniczką załatwiania wielu spraw (również remont kaplicy) i które nazywamy więzieniem, to obiekt wypełniony przez 600 kobiet z dziećmi, mężczyzn, ale i małolatów.

            Druga dziedzina jej działalności, to od kilku lat tworzenie, organizowanie, a od dwóch lat budowanie szkoły dla dzieci głuchoniemych w Bertoua. Jest to – jak zapewne wiemy – projekt realizowany przez fundusz kolędników misyjnych, którego kosztorys tylko w tym roku przewidziany jest na ponad 200 tys. euro. Prace postępują i wszyscy mamy nadzieję, z panią Ewą na czele, że upośledzone w mowie i słuchu kameruńskie dzieci, wnet będą mieć szkołę z prawdziwego zdarzenia.

            Bardzo wiele serca i czasu oddaje pani Ewa dzieciom biednym i niepełnosprawnym ruchowo. Zakupuje dla nich wózki inwalidzkie, protezy, opłaca szkołę a także – co jest godne szczególnego uznania – troszczy się o operacje dla tych, którym jedynie takie interwencje lekarskie mogą pomóc. Świadczą o tym wymownie jej niektóre listy, a przykładem wiele mówiącym jest historia małej Madi, zamieszczona w liście otwierającym edycję tarnowską „Misji Dzisiaj” w tym numerze.

            Te operacje otwierają przed dziećmi nowy świat. Ale te dzieci trzeba przede wszystkim znaleźć. Pani Ewa mówi, że znajduje je przypadkowo. Jadąc lub idąc i widząc takie dzieci, zatrzymuje się. Ma doskonałą orientację w terenie. Sam tego mogłem doświadczyć. Tam, gdzie już kogoś niepełnosprawnego spotkała, bierze go na listę, a przy najbliższej okazji dopina formalności i umawia się na dalsze kroki w działaniu na rzecz pomocy dziecku czy dorosłemu – pomaga bowiem każdemu, kto pomocy potrzebuje. Gdy jechaliśmy z leżącego przy granicy z Republiką Środkowoafrykańską Garoua-Boulai do Bertoua, zatrzymywaliśmy się „setki razy”.

            Wspomnianych operacji pani Ewa ma na koncie ponad 40 czyli pomogła już ponad 40 dzieciom, które mniej czy więcej były unieszczęśliwione przez los. Trzeba te dzieci zebrać i za jednym razem odwieźć do szpitala przynajmniej kilka, by wykorzystać transport. Ostatnio udaje się z nimi do Ndjinikom – około dwa dni drogi od Bertoua. To nie tylko wyjazd. To całe przedsięwzięcie! Są to pacjenci niepełnosprawni! Często z osobami towarzyszącymi. Po drodze trzeba zapewnić im nocleg i jedzenie. Tylko czasem mniej niepełnosprawne dzieci jadą busikiem ze swymi opiekunami. Koszt takiej operacji wraz z całym przedsięwzięciem to około 450 tys. cfa (franki afrykańskie) czyli około 700 euro. Ale są i takie, jak przypadek wspomnianej Madi, gdzie trzeba zapłacić cztery lub pięć razy więcej. A my, jako Kościół tarnowski, możemy być szczęśliwi, że w 80% przyczyniamy się do pokrycia tych kosztów, choć jesteśmy ciągle gotowi pokryć wszystkie wydatki potrzebne na zoperowanie jednego czy drugiego dziecka. Nie możemy jednak odbierać szansy pomocy innym, którzy to pani Ewie proponują. Mamy jednak ciągle szanse pomagać i to jest nasze szczęście w nieszczęściu tych, którzy są tak bardzo nieraz zdrowotnie doświadczeni.

Ks. Krzysztof Czermak

Misje Dzisiaj nr 3/2014