ZE ZŁOTEM NA SREBRNY JUBILEUSZ

            Po trzech latach znowu stanąłem w Bertoua. Była ku temu szczególna okazja: pani Ewa Gawin cieszyła się jubileuszem 25-lecia swojego oddania na kameruńskiej ziemi. Przybyła tu w końcu stycznia 1990 roku jako misjonarka świecka. Krzyż misyjny otrzymała w Rzymie, ukończywszy w latach 1985-1987 studium misjologiczne „Catechesi missionaria”. Decyzję o jej posłaniu podjął sam abp Jerzy Ablewicz, a w obliczu jego śmiertelnej już choroby, w dniu 6 styczna 1990 roku w kościele sióstr sacré coeur w Zbylitowskiej Górze, uroczystemu posłaniu przewodniczył ks. Antoni Kmiecik.

            25 lat bycia wśród kameruńskich braci to czas dawania, ale jednocześnie uczenia się miłości. Jak hojnie ta miłość była i jest okazywana przez panią Ewę, miałem już okazję pisać nie jeden raz, również w pierwszym tegorocznym numerze tego diecezjalnego pisma. Tę hojność zauważył biskup tarnowski Andrzej i przyznał pani Ewie złoty medal Dei Regno Servire (Służyć Królestwu Bożemu), który – z jego polecenia – miałem przyjemność wręczyć pani Ewie w Bertoua 24 kwietnia, w obecności miejscowego proboszcza i zgromadzonych na Eucharystii parafian, siostry dominikanki Michaeli Madej (rodem z Tarnowa), która od lat służy jako dentystka tamtejszej ludności, a także naszych misjonarzy, którzy specjalnie przybyli do Bertoua z Republiki Konga (ks. Bogdan Piotrowski) i z Republiki Środkowoafrykańskiej (ks. Marek Muszyński i ks. Leszek Zieliński). Ks. Bogdan i ks. Marek dużymi krokami zmierzają do podobnego jubileuszu obecności w tych krajach, do których kiedyś zostali posłani decyzją tego samego biskupa tarnowskiego Jerzego, który drogę realizacji misyjnego powołania otworzył przed panią Ewą.

            Kiedy pani Ewa w niedzielę 14 czerwca, na zakończenie IV Krajowego Kongresu Misyjnego, wraz z kapłanami misjonarzami i świeckimi dziękowała za swoją dotychczasową posługę w Kamerunie, otrzymała od biskupa tarnowskiego Andrzeja list gratulacyjny przeczytany przed zebranymi w kościele przeze mnie, który miałem radość przewodniczyć tej uroczystości. Nie spodziewała się jednak wtedy, zresztą nie tylko ona, że ten sam biskup Andrzej w dniu 22 czerwca wręczy jej medal Benemerenti, przyznany przez papieża Franciszka za wielkie zasługi dla Kościoła.

Zanim jeszcze powrócę do osoby i posługi pani Ewy, którą odwiedziłem, pamiętajmy, że w Kamerunie cieszymy się też obecnością jednego z wolontariuszy. Pan Tomasz Woliński, posłany przez Kościół tarnowski, przebywa w Afryce ponad dwa lata, a w Kamerunie od września 2013 roku, pomagając w pracach związanych z budową szkoły, ale nie tylko. Pomagał i pomaga naszym misjonarzom również w Republice Środkowoafrykańskiej. Widziałem jego solidną pracę w Baboua, gdzie przybył na zaproszenie ks. Mateusza Dziedzica, w Wantiguera, gdzie ściągnął go ks. Marek Muszyński, a także w samym Kamerunie w Ouam, gdzie na prośbę ks. Stanisława Stanisławka misjonarza diecezji lubelskiej (ok. 40 lat na misjach), przygotowuje mozaikę w kościele, który w tym roku w jesieni ma konsekrować nasz rodak,  abp Stanisław Budzik.

Wspominając moją wizytę w Kamerunie dodam również, że doznaliśmy miłego przyjęcia w Doumé u biskupa Jana Ozgi, gdzie drugi raz mogłem zobaczyć jego socjalne dzieła na rzecz miejscowej ludności oraz słyszeć o zamiarze ich udoskonalenia. Gościnnie przyjmowały nas siostry dominikanki w ich trzech domach (w dwóch z nich przełożonymi są siostry Alina i Michaela pochodzące z naszej diecezji), siostry ze Zgromadzenia Opatrzności Bożej, a także rodowite Afrykanki siostry józefitki ze swymi sześcioma nowicjuszkami i dwiema postulantkami w Omvan. Równie gościnni byli ojcowie marianie w Atok, gdzie prowadzą sanktuarium Miłosierdzia Bożego oraz paulini w Ayos, którzy dzięki kolędnikom misyjnym z Tarnowa realizują projekt budowy szkoły.

Obecność i wysiłki pani Ewy na kameruńskiej ziemi to rzeczywiście służba Królestwu w duchu wiary, którą wyniosła z domu rodzinnego. Celowo nie piszę, że to służba Kościołowi, bo przecież jej zaangażowanie wykracza poza jego ramy. Szkoła dla dzieci głuchoniemych (jest też dwie dziewczynki słabowidzące), którą stworzyła i prowadzi, jest dla wszystkich. Obecnie wśród 86 dzieci jest dwoje adwentystów, siedmioro z Kościoła ewangelickiego, ale jest też czworo muzułmanów. Być może, że w grupie 71 „katolickich dzieci” są muzułmanie, bo Ewa twierdzi, że niektórzy rodzice ukrywają przynależność religijną z obawy, że mogą nie zostać przyjęci do szkoły prowadzonej przez Kościół katolicki. Podobnie jest z dziećmi niepełnosprawnymi ruchowo, którym zapewniła operacje i pomoc rehabilitacyjną. Dzieci przynależące do Kościoła katolickiego, w tej pokaźnej grupie liczącej około 500 osób, stanowią tylko połowę. W drugiej połowie przeważają muzułmanie. A pomoc dzieciom z różnych innych szkół, którym zapewnia dożywianie na co dzień i dysponowanie niezbędnymi przyborami szkolnymi. W dużym –mieszczącym około 630 osób – więzieniu jest ta sama sytuacja. Regularnie pomaga wszystkim, bo wszystkim przywozi maniok czy inne produkty żywnościowe i dla wszystkich podejmuje się małych remontów czy napraw. Katolickich więźniów „wyróżnia” tylko przez to, że naprawi im dziurawy dach w kaplicy (z której zresztą korzystają ludzie innych wyznań), albo sprowadzi im katolickiego księdza misjonarza, który mógłby ich wyspowiadać w języku sango lub podać zapisaną lub ustną informację do rodziny w Republice Środkowoafrykańskiej. Te fakty znam nie tylko z opowiadania.

Choć codzienność w Bertoua wydaje się być taka sama jak przed trzema laty i wcześniej, to jednak wchodząc na plac szkolny wrażenie zmiany rzuca się w oczy. To co daje takie odczucie, to życiowe – biorąc pod uwagę aspekt materialny – dzieło pani Ewy. Trzy lata temu był plac, a dzisiaj na nim stoi pokaźny piętrowy budynek o rozmiarach 78x12 m. Już teraz życzę pani Ewie i jej podopiecznym, by wkrótce mogli się cieszyć nowym gmachem, w którym dzieci będą pobierać naukę, ale też znajdą swoje mieszkanie w przewidzianym internacie. Na to potężne przedsięwzięcie diecezja tarnowska przekazała do tej pory ponad milion złotych. Jest to oczywiście dzieło kolędników misyjnych. Są też pojedynczy dobroczyńcy dzieła, którzy regularnie swoimi oszczędnościami je wspierają, A ja cieszę, że ¾ mojego bagażu w kwietniu stanowiły śrubki, wkręty, kołki i narzędzia przydatne do wykonania mebli dla tej szkoły, których twórcą jest ks. Eugeniusz Bednarek (stolarski geniusz wśród misjonarzy), misjonarz diecezji gnieźnieńskiej.

Ważne jest, abyśmy całego dzieła szkoły pani Ewy dla dzieci głuchoniemych nie sprowadzili do materialnych znamion. Choć tu musimy ją podziwiać, bo przecież jest sama „przeciwko” grupie wykonawców o różnym poziomie umiejętności i estetyki. Ona musi o wszystkim decydować, sprostać wyzwaniom, być czujna, zmuszać, prosić wiele razy o to, o co już wiele razy prosiła, zażywać stresu bez końca, a także spierać się z tymi, których mentalność powoduje napięcia podczas „procesu budowy”. A gdyby jeszcze do tego dodać trudności generowane przez tych, którzy przede wszystkim powinni pomagać?

Nie zapomnijmy więc, że szkoła to nie tylko mury. To przede wszystkim nie mury. Szkoła zaczęła swoje istnienie już w 2006 roku. A więc to dziewięć lat wytężonej pracy, troski o wszystko, o wykształconą odpowiednio (przynajmniej w minimalnym stopniu) kadrę nauczycieli, trosce o dokształcanie jej, a skończywszy na ołówkach i zeszytach dla dzieci. Wysiłek pani Ewy w organizowaniu szkoły to przede wszystkim szukanie dzieci. Tak, te dzieci trzeba znaleźć. I na miejscu i w daleko położonych wioskach. One są nieraz przez rodzinę „odpisane na straty”. Są przez nią postrzegane jako mniej wartościowe, mogące jej służyć tylko siłą fizyczną. Pani Ewa znajdując je, a ma na to swoje sposoby, przywraca im godność należną każdemu dziecku. Ale sprowadzając je do Bertoua, musi się zająć ich zakwaterowaniem. Nie wszystkie mają bliższą czy dalszą rodzinę w tym mieście. I znowu trzeba szukać. I oczywiście zapłacić tym, którzy je przyjmują.

 Dzieci, to się widzi, kochają swoją panią Ewę. Choć nie wyrażają tego słowem, to ich uśmiech i chęć bycia blisko niej wszystko opowiada. Ona sprawia, że ich los jest radośniejszy niż był kiedyś. One chcą być jak ich rówieśnicy normalną cząstką społeczeństwa. Umieć nie tylko czytać i pisać. Wraz ze wspomnianymi misjonarzami mieliśmy okazję uczestniczyć w specjalnym programie przygotowanym przez adeptów szkoły. Były to scenki, wcześniej opowiedziane przez jedną z nauczycielek Natalie Messouague, która ma dobre przygotowanie zawodowe do wykonywanej pracy, przez ukończenie specjalnego studium. Podziwiałem taniec tych dzieciaków, tak rytmiczny i „giętki”, że nie do uwierzenia.

            Dzięki pani Ewie dzieciom, wśród których pracuje, wraca uśmiech. A nawet łzy, które wyrażają radość spotkania z nią. Byłem świadkiem jak Madeleine, o której pisała pani Ewa i której drogę leczenia i rehabilitacji pokazywaliśmy na zdjęciach w naszych środkach przekazu (Misje Dzisiaj), tak właśnie zareagowała. A te dzieci, które poznały lub poznają ewangelię łatwiej mogą zrozumieć słowa Chrystusa: „Królestwo Boże w was jest”. Bo przecież radość ze złotego medalu z okazji srebrnego jubileuszu dzielenia się wiarą i miłością z kameruńskimi braćmi i siostrami, tak naprawdę jest radością z wysiłków czynionych na rzecz Królestwa. Co więcej: jest radością Królestwa, którego posmaku doświadczają odbiorcy miłości, ale i osoba, która ją rozdaje.

 

Ks. Krzysztof Czermak

Głoście Ewangelię 3(2015), str. 5-8.