25 LAT BICIA SERCA DLA BRACI W KAMERUNIE

Krzyż misyjny otrzymała już w Rzymie, przygotowując się w Castel Gandolfo na specjalnym dwuletnim (1985-1987) studium katechezy misyjnej. W dniu 6 stycznia 1990 roku w Zbylitowskiej Górze została posłana na misje do Kamerunu w imieniu abp. Jerzego Ablewicza przez ks. Antoniego Kmiecika, a 31 stycznia postawiła po raz pierwszy swą stopę na „ziemi obiecanej”. Tak później w swych listach nazwała kameruńską ziemię, zwłaszcza diecezję Bertoua, gdzie do dnia dzisiejszego spędziła prawie połowę swego życia. Jest to życie zdecydowanie przeżywane dla drugich. Ten drugi to dziecko, to młody, to dorosły człowiek, który niezależnie od swej religii patrzy w kierunku Kościoła katolickiego, którego dorodną córą jest pani Ewa Gawin. W Kamerunie, zwłaszcza w diecezji Bertoua wszyscy ją znają, wszyscy ją kochają, wielu korzysta z niesionej przez nią dobroci. Utrzymuje liczne kontakty ze zgromadzeniami zakonnymi. To ją ubogaca, ale też pomaga w różnych zadaniach. Są też, niestety, tacy, którzy jej dobroć wykorzystują i zadają rany jej kochającemu sercu. Nie raz już była oszukana i okradziona.

 

Jubileusz w skrócie

 

Na początku, przez cztery lata, pracowała w swym zawodzie pielęgniarki w ośrodku zdrowia Nkol-Bikon w Bertoua. Jeździła też po kiepskich drogach do wiosek, by tak prowadzić zdrowotne konsultacje i szczepić dzieci. Na przebycie 25 km potrzebowała wtedy 2 godziny, dzisiaj tę drogę, samochodem zakupionym jej przez diecezję tarnowską, pokonuje w kilka minut. Po czterech latach zaproponowano jej koordynację służbą zdrowia na terenie całej archidiecezji. W latach 1994-1997 koordynowała całą służbą zdrowia w diecezji Bertoua, później przez rok odpowiadała za nią w trzech diecezjach. Miała już wtedy na głowie 27 ośrodków zdrowia oraz dwa specjalistyczne – dla chorych na gruźlicę i dla niepełnosprawnych ruchowo. Zaopatrywała w leki i szczepionki 25 przychodni diecezjalnych, których w Kamerunie jest ponad 240, dostarczała również lekarstwa do 2 szpitali. Zajęła się też budową ośrodka w Mbitom. Był to właściwie mały kompleks szpitalny z porodówką i domem dla posługujących w nim pielęgniarzy. Pomagała też „dla rozrywki” w budowie kompleksu szkolnego Technikum w Garoua-Boulai, jak i ośrodka zdrowia w Garoua-Boulai, prowadzonego przez s. Józefinę dominikankę – lekarkę. W dziedzinie koordynacji stała się specjalistką i od 2000 roku zaczęła reprezentować całą metropolię w Komisji Episkopatu Kamerunu ds. zdrowia. W 2004 r. wspólnie z br. Armande ze zgromadzenia św. Gabriela założyła centrum alfabetyzacji. Kiedy w 2011 przestała być koordynatorką, oddała się jeszcze więcej pracy z dziećmi i dla nich. Została dyrektorem szkoły dla głuchoniemych. To ją pochłania. Ale nie tylko to.

Dwudziestopięcioletni pobyt na kameruńskiej ziemi naznaczony jest trzema dziedzinami szczególnego oddania się posłudze czarnym braciom. Zwłaszcza w ostatnich latach, kiedy już nie koordynuje działalności służby zdrowia na terenie archidiecezji Bertoua,  nasiliła się jej działalność na rzecz niepełnosprawnych, głównie dzieci. Drugą dziedziną jest pomoc osadzonym w więzieniu. Niewątpliwie szczególnym wyzwaniem, którego się podjęła w 2008 roku, jest jej inicjatywa prowadzenia i wybudowania szkoły dla dzieci głuchoniemych w Bertoua.

 

Sprawne serce oddane niepełnosprawnym

 

O jej miłości do najbardziej opuszczonych przez państwo, ale też wspólnoty i rodziny, mieliśmy możliwość dowiedzieć się na łamach naszego dwumiesięcznika w ubiegłym roku. Ta działalność ciągle trwa, a dzieci, młodzi i dorośli, których zawozi do szpitali na zabiegi operacyjne oraz zakupując dla nich protezy i kule, powracają do życia w społeczeństwie. Ona ciągle ich szuka. 

            Praca w ośrodku zdrowia Nkol-Bikon od początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, była czasem pierwszych spotkań z niepełnosprawnymi. Spotykała ich też przy okazji  odwiedzin w wioskach, w dzielnicach Bertoua (tzw. cartier), czy w czasie szczepień. Inni przychodzili sami dowiadując się np. z radia czy od innych chorych, którzy byli prowadzeni przez wspomniany ośrodek zdrowia. Na początku jeszcze nie wiedziała jak pomóc ludziom chromym, o wyschniętych kończynach (choroba polio), słabo widzącym czy głuchoniemym. Teraz już jest doświadczoną „białą Kamerunką”, którą do tamtych ludzi posłał i ciągle posyła Kościół tarnowski. Wie, że na tę wspólnotę wiary, w której sama wzrastała, może liczyć. Pisze więc projekty i z ofiar składanych na misje w diecezji tarnowskiej (i nie tylko) pomaga we wszystkim, co naznaczone jest biedą jej kameruńskich braci. Oprócz diecezji tarnowskiej, która pokrywa koszty w tej dziedzinie w 75%, pomaga jej organizacja holenderska Lilian Fonds, ale też rodziny z Polski, siostry zakonne i księża.

Niepełnosprawność dzieci, której wychodzi naprzeciw pani Ewa, jest różna. Są dzieci z krzywymi nóżkami czy stopkami po urodzeniu. Są dzieci, które były ukrywane w domach żeby świat ich nie widział i nie oskarżył rodziny o czary, które w mentalności afrykańskiej są przyczyną podobnych nieszczęść. Teraz te dzieci, już jako dorośli, przychodzą prosząc o pomoc, szczególnie o operacje. Co do operacji pani Ewa nie prowadzi statystyk. Nie jest to dla niej najważniejsze. Na pewno ponad 500 osób przeszło mniej czy bardziej poważne operacje, a pewnie więcej niż trzy razy tyle zostało poddane reedukacji czy różnym badaniom. Takich, którzy otrzymali aparaty ortopedyczne jest około 800 osób, a kilkadziesiąt cieszy się protezami stałymi, czyli nowym życiem z „kończynami dolnymi”. Pani Ewa zajmuje się też zakupem wózków inwalidzkich. W tym przedsięwzięciu diecezja tarnowska uczestniczy w 90% wydatków. Kilka wózków gratisowo przekazała na jej ręce pewna firma rowerowa z Czchowa. Wśród odbiorców jej dobroci są też więźniowie  i coraz częściej uchodźcy.

Oprócz pomocy niepełnosprawnym podaje pomocną dłoń dzieciom szkolnym, by miały za co kupić podstawowe przybory szkolne i by nie chodziły głodne do szkoły. Kilka lat temu przeprowadziła wielkie przedsięwzięcie, którym ciągle się zajmuje, pozyskania dla dzieci ich aktów urodzenia, bez których w miarę normalna przyszłość dziecka w wielu dziedzinach życia, zwłaszcza edukacyjnej i zdrowotnej, jest niemożliwa.

 

Otwarte serce dla zamkniętych

 

            Drugi obszar działalności charytatywnej pani Ewy, to posługa więźniom w Bertoua. „Więźniów odwiedzać” – to znany nam i chyba rzadko praktykowany przez nas dobry uczynek wobec innych ludzi. Pani Ewa więźniów nie odwiedza, ona im po prostu posługuje. Jak bowiem inaczej nazwać troskę o zakup leków, o dożywianie – szczególnie chorych na gruźlicę, o zrobienie łóżek dla kobiet i małolatów (tych łóżek już nie ma, bo więźniowie porąbali je i wykorzystali na podpałkę przygotowując jedzenie), o opłatę sądową czy transportu po zakończeniu wyroku (to drogo kosztuje i nikt się tym nie zajmuje), o zakup produktów do robienia mydła, zakup klapek, ubrań, oraz worków do robienia toreb (sam taką otrzymałem w prezencie od pani Ewy, produkt godny podziwu, jak na więźniów) czy zakup materacy. Odnośnie do tych ostatnich, to spotykając się z realiami więzienia afrykańskiego, pani Ewa wpadła na pomysł, by ulżyć doli więźnia i przygotować takie materace domowym sposobem, z plastikowych worków po mące. Pod jej okiem, więźniowie (pewnie ci, którzy spalili łóżka) przygotowali sobie materace, wypychając te worki suchą trawą. Do tego jeszcze dochodzi przebudowa kuchni polowej. Warto też wspomnieć o jej trosce duchowej o więźniów, którzy są chrześcijanami. Wyremontowała im kaplicę, łatając pokaźną dziurę w dachu, przemalowała ściany i wymieniła dach, by mogli spokojnie się modlić. W ostatnich dniach dzięki ofiarom z Dzieła Ad Gentes przy Komisji Episkopatu Polski z Warszawy wyremontowała dwa pomieszczenia, w których będą mogli spać chorzy więźniowie na czystej podłodze.

            Swoim więźniom starają się pomagać wyznawcy innych religii jak: muzułmanie (ok. 40%), protestanci,  czy przedstawiciele innych Kościołów i sekt. Pani Ewa pomaga wszystkim.

Miałem możliwość wraz z dwiema osobami z naszej diecezji zobaczyć tę instytucję więzienną w Kamerunie od środka. Lepiej nie opisywać warunków, jakie tam panują, bo pewnie nikt nie uwierzy. Obecnie w więzieniu przebywa około 700 osób czyli – jak stwierdza pani Ewa – dwa razy tyle ile powinno ono mieścić.

 

Dostrzegalna miłość dla niedostrzeganych

 

Trzecia miłość pani Ewy, to dzieci głuchonieme. Kiedy w centrum alfabetyzacji zaczynała z nimi pracę było 4 uczniów. Dzisiaj jest ich 76 osób, od przedszkola do kilkunastu lat. Powinno być 84, ale ośmioro uczniów nie wróciło jeszcze z wakacji. No właśnie, tu się zaczyna problem z naborem do szkoły dla dzieci głuchoniemych. Rodziny traktują je często jako dzieci drugiego sortu, przydatne w codziennym życiu tylko na posyłki i do robót domowych. Nie za bardzo rozumieją po co te dzieci kształcić.

Te dotknięte kalectwem słuchu i mowy dzieci pochodzą z całego Kamerunu, przybywają nawet z odległości 400 kilometrów. Są wyznawcami różnych religii, pochodzą z różnych plemion, a te przybywające z daleka umieszczane są w tzw. internacie rodzinnym czyli w rodzinach, które już mają swoje dzieci i przyjmują za opłatą również te ze szkoły. Diecezja tarnowska finansuje pobyt owych dzieci w takich domach.

Szkoła zaczęła swoje istnienie w 2006 roku mieszcząc się w skromnych pomieszczeniach wspomnianego wyżej centrum. Odwiedzając tę szkołę mogliśmy zobaczyć te schludne, ale kiepskie warunki pracy. W jednym pomieszczeniu tylko kotara oddzielała dzieci innej klasy. Dobre było jednak i to. Najbliższa o tej specjalności szkoła jest w Yaounde oddalonym od Bertoua 350 km, a inna na północy kraju – o 600 km. Państwo nie dotuje szkoły w żadnym calu. Gdy jednak potrzebuje się pochwalić, jaką to szkołę ma Kamerun we wschodniej części kraju, to wie dokładnie, gdzie jej szukać. W 75% szkołę finansuje diecezja tarnowska z funduszu swego diecezjalnego dzieła, ale włączają się również w tę pomoc pojedyncze osoby.

Powolny, ale regularny wzrost wyszukiwanych przez panią Ewę dzieci był naturalnym impulsem do wybudowania szkoły z prawdziwego zdarzenia. Dodajmy, że razem z tymi, którzy już ukończyli szkołę, jest ponad 100 osób. W szkole przebywają nie tylko dzieci głuchonieme, ale też słabo widzące, niepełnosprawne fizycznie, jak i z niedorozwojem umysłowym, czy opóźnione w rozwoju. W przyszłym roku szkolnym planuje otwarcie pierwszych klas dla dzieci słabo widzących, gdzie zaczną się uczyć metody Braille’a.

Chcąc wybudować dzieciom szkołę, pani Ewa zwróciła się do diecezji tarnowskiej o jej sfinansowanie. W latach 2011-2013 powstały trzy duże projekty, które opiewają na sumę 1 milion 97 tys. zł, z czego diecezja przekazała już  895 tys. zł. Kolejny projekt, którego wykonanie biorą na siebie kolędnicy misyjni okresu Bożego Narodzenia 2014, przewiduje wydatki na sumę 55140 euro.

 

To całe zaangażowanie pani Ewy w życie Kościoła w Kamerunie to nie zwyczajna troska o chorych, ubogich i niepełnosprawnych, jaką – z różnych pobudek i z różną intencją – podejmuje wielu. To coś zupełnie więcej i o rzadko osiągalnym przez nas współczynniku „życia dla drugich”. Każdy dzień pani Ewy w ciągu ostatnich 25 lat pobytu w Kamerunie to punkt, przez który przechodzą linie elektrokardiogramu wskazującego na zmęczone ze szczęścia serce bijące dla innych miłością.

Ks. Krzysztof Czermak

Głoście Ewangelię 1(2015), str. 37-41.