"NO CÓŻ…, TO JEST ŚMIESZNE ALBO ŻAŁOSNE" - KAMERUN - P. EWA GAWIN

Pani Ewa Gawin od trzydziestu lat pracuje na kameruńskiej ziemi jako misjonarka świecka. W kolejnym liście opisuje następny etap zmagań z koronawirusem na tych terenach, wskazując na pewne paradoksy i niekonsekwencję w stosowaniu się do zaleceń, które często bywają niemożliwe do wyegzekwowania w tamtejszej rzeczywistości.

 

 

 

 

Bertoua, 31 maja 2020r.

 

Nasi Drodzy Przyjaciele Misji,

 

 

No cóż…, to jest śmieszne albo żałosne.

 

Sytuacja od ostatniego mojego listu opisującego „panikę” z powodu  pandemii zmienia się z dnia na dzień. Piszę, obserwując z boku to, co się dzieje, gdyż szkoła zamknięta, trawa zarasta dziedziniec szkolny, a na budowie prace prowadzone są w żółwim tempie.

W ostatnim czasie co najmniej 3 razy w tygodniu odwiedzam więzienie, bynajmniej nie z pustymi rękami. Tutejszy szpinak tak obrodził na polu przynależnym do internatu, że trzeba coś z nim robić. Codziennie przychodzą sąsiedzi prosząc o pracę, bo „nie mają co robić w domu”, co w tłumaczeniu na język powszedni znaczy, że nie mają co do garnka włożyć. Zbierają więc liście do 50-kilogramowych worków, które zawożę do więzienia. Wszyscy są zadowoleni, zarówno ci co zarobili na każdym napełnionym worku, jak i ci, którzy będą jedli sos z „kwem de blanc”- liści białych. Więzienia są zamknięte dla odwiedzających. Przed bramą w odległości dwóch metrów znajduje się drewniana bariera, przy której rodziny zostawiają jedzenie dla swoich bliskich (wcześniej muszą je spróbować w celu sprawdzenia, czy nie jest zatrute). Od czasu wprowadzenia zakazu zgromadzeń zostały odwołane też msze św. w więziennej kaplicy. Katechiści codzienne sami prowadzą modlitwy w poszczególnych celach. Po Niedzieli Palmowej zawiozłam święcone palmy, niestety nie wystarczyło dla wszystkich, ale każda cela otrzymała przynajmniej jedną. Więzienia w całym Kamerunie pękają w szwach. Z powodu pandemii w niektórych więzieniach zorganizowano strajki, by zwrócić uwagę na warunki, jakie tam panują. O tym  można było przeczytać w internecie.

 

Nie odbiło się to bez echa i pozytywnych rozwiązań. Prezydent wydał dekret o zmniejszeniu kar, a tym samym zwolnieniu dużej ilości więźniów. Przypadkowo byłam tam w dniu, kiedy zwalniano 158 mieszkańców tzw. 11 województwa (jak więźniowie nazywają w żargonie budynek więzienia). Pozostało jeszcze ponad 100 osób, które czekają na wyjście. Nie jest łatwo w ciagu 2-3 dni przygotować odpowiednie dokumenty, jeśli komputer nie działa z braku prądu. Podjeżdżając pod bramę, miałam wrażenie, że to strajk taksówkarzy. Trudno było mi przejechać. Na pytanie: „co się stało?”, dostałam odpowiedź, że zwalniają więźniów i rodziny czekają a na nich. Wszyscy wychodzący już nie-więźniowie byli zwolnieni z opłat administracyjnych. Każdy otrzymał maseczkę, podarowaną dzień wcześniej przez polskie siostry dominikanki. Pozostało jednak kilku podopiecznych, po których nikt nie przyjechał. Trzeba było zapłacić im  transport np. do granicy z RCA, na północ aż do Tcholire (może 2-3 dni drogi), do Douala i innych dalekich rodzinnych stron. Moj portfelik w kilka minut zeszczuplał bardzo, ale radość przy machaniu na pożegnanie była widoczna nie tylko w moich oczach.

A w mieście życie płynie bez większych zmian. „Maskowiczów” (tak nazywają tych, którzy noszą maski) pojawiło się więcej, woda z mydłem jest przed każdym sklepem, urzędem, kościołem…, a w piekarni pieczywo dalej podają bez rękawiczek. Przed wejściem na targ policja pilnuje mycia rąk i noszenia maseczek, a jednocześnie wjeżdżające samochody z jarzynami wpuszczane są bez kontroli. Targ zamykany jest około 15:00, więc od rana przepychanka, by nie zabrakło dla nikogo towaru, zarówno tego ze straganu, jak i tego leżącego na żółtej ziemi. Sklepy każdej maści funkcjonują jak dawniej, tylko bary straszą pustką.

 

Nie zmieniła się też poranna pobudka. Nie tylko ptaki codziennie przed świtem wychwalają cuda Pana Boga niezmienną od lat ptasią operą. Z meczetu jak zawsze płynie ta sama melodia i nawoływanie do modlitwy, tylko dzwony na starej dzwonnicy zamilkły już od dawna…

Wszystko się zmieniło w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, nie tylko w naszej parafii. O 7:00 pierwsze trzy msze: jedna w kościele, druga w sali parafialnej i trzecia w kaplicy w domu księży, norma 50 osób, kto się spóźnił miał jeszcze do wyboru być na 8:30 lub 10:00. Dziewięć mszy św. w naszej parafii w jedną niedzielę - tego jeszcze nigdy nie było. W innych większych czy mniejszych parafiach msze św. były odprawiane aż do zachodu słońca. Każdy kto chciał uczestniczyć w Eucharystii miał ku temu okazję. Obecnie codziennie w każdej parafii są sprawowane msze św., wierni powoli wracają do dawnego rytmu parafialnego życia.

Przed grotami Matki Bożej, które są prawie w każdej parafii, można spotkać modlących się wiernych, często w upalnych promieniach słońca.

Zakaz pozostania w domu działa tutaj bardziej na papierze, podobnie jak i noszenie maseczek. Życie toczy się raczej przed domami w kręgu kilkunastu osób, nie licząc biegających dzieci. Trudno jest matce, mającej pod opieką kilkanaścioro dzieci (licząc z tymi, które wyjechały do miasta do szkoły), kupić każdemu z nich maseczkę, jeśli do garnka nie ma co włożyć. Trudno też respektować przepisową odległość, jeśli całe podwórko ma zaledwie kilka metrów kwadratowych.  

   Z dniem 1 maja weszły w życie kolejne zmiany. Tym razem prezydencki dekret rozjaśnił oblicza Kameruńczyków. Otwarte bowiem zostały bary i kluby (nie tylko dzienne). Na ulicy życie wróciło do normy. Przed barami wszystkie miejsca zajęte, muzyka do późnych godzin nocnych, a maseczki wylądowały w kieszeniach „na wszelki wypadek”. Niezrozumienie dekretu prezydenta dało namacalne rezultaty. Komunikaty z Ministerstwa Zdrowia nie napawają radością. Bertoua w ciągu kilku dni zajęła jedno z pierwszych miejsc odnośnie liczby zakażonych. Na dzień 31 maja jest 388 zdiagnozowanych pozytywnie, w tym 349 aktywnych, 30 wyleczonych, 9 zmarłych, 44 leczonych w szpitalu, 305 pod kontrolą w domach. Zrobiono 1208 testów, czyli 32 % pozytywnych. Kameruńczycy lubią się bawić i mamy tego rezultat.

W ubiegłym tygodniu byliśmy w ośrodku rehabilitacyjnym w Baturi (90 km od Bertoua). Patrzono na nas jak na przybyszów z innej planety. Wszyscy mieliśmy maski, a na ulicy spotkalismy tylko jedną osobę z maseczką….

 

Jutro Dzień Dziecka i otwarcie szkół, ale tylko dla klas końcowych i podchodzących do egzaminów. W związku z tym pojawiły się kolejne restrykcje i przepisy liczące po kilka stron. Najważniejsze wytyczne to: dezynfekcja klas i otoczenia szkół (do nas jeszcze nie dotarla żadna ekipa, a jest niedziela po południu), każde dziecko i pracownicy mają mieć po 2 maski: jedną w szkole, a drugą na czas przejścia do i z domu, obowiązkowe jest zaopatrzenie w pojemniki z wodą, mydłem, wszelkie środki do dezynfekcji rąk itp…, a w kioskach i sklepikach chleb nadal pakuje się w papier po cemencie, w zapisane kartki z zeszytów i stare gazety.

 

Zakończył się miesiąc maj. Nabożeństwa majowe w parafiach i przed grotami Matki Bożej, jak i nowenna do Ducha Świętego, gromadziły wielu wierych. Nikt się nie spieszył, często ponad dwugodzinna modlitwa oddawała obraz zaangażowania parafian, szczególnie w parafiach, gdzie pracują księża, którzy studiowali w Polsce, bądź w tych, w których pracowali polscy misjonarze. Piękna jest ta tradycja modlitwy do i z Matką Bożą.

 

Nowy miesiąc i nowe wyzwania przed nami. Granice nadal zamknięte, agencje lotnicze odsyłają na kolejne terminy lotów, organizacje międzynarodowe i nie tylko „przepychają” się odnośnie tego, kto i ile, gdzie i za ile … a sprawozdania z tego wszystkiego przyczynią się znowu do zniszczenia hektarów lasów.

 

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i pracowicie… pomimo wszystko. Szczęść Boże wszystkim naszym dobroczyńcom za modlitwę, której tak bardzo nam teraz potrzeba. 

 

 

Ewa Gawin

Kamerun